Już od godziny szóstej rano w szpitalu panowało poruszenie.
Wrzawa i krzątanina personelu doprowadzały korytarze do okropnego chaosu;
wokoło ludzie potrącali się i przepraszali, jakby w pośpiechu przygotowywali
się do ślubu lub równie ważnej uroczystości.
Dokładnie.
Do dnia, który miał
odmienić ich życie.
Chyba najsilniej
kierowała nimi chęć zysku, w końcu co jak co, ale pieniądze na drzewie nie
rosły, a i tak zarabiali stosunkowo mało. Ot, pragnienie każdego podwładnego,
żeby szef mu podwyższył pensje, nic niezwykłego. A drugą prowokatorką całego
ich szybkiego działania nie była żadna kobieta, tylko żądza świętego spokoju.
No bo do jasnej cholery, ile można przetrwać w miejscu, gdzie non stop się coś
dzieje?! Normalnie idzie zawału dostać! Ciągle tylko jakieś sytuacje
przyprawiające człowieka o dreszcze... Uch, w tej chwili wszyscy pracownicy się
ze sobą zgadzali. NARESZCIE KONIEC.
Niby ich praca się tutaj nie kończyła, ale… Uch, na pewno
zniżał się jej poziom trudności. A w dotychczas panujących warunkach to
naprawdę ciężko im było żyć. Choć oczywiście nikt nie odważył się
zakwestionować rozkazów „generała” (nazywanego tak wśród pracowników ze względu
na swoją upartość) Nakamatsu, tudzież dyrektora tej placówki. W każdym bądź
razie cieszyli się równie mocno co ich szef, a może i więcej, że nareszcie
zostaną uwolnieni ze szponów dodatkowych i dość uwłaczających im, obowiązków…
– Czy ty wiesz, co to
znaczy...?! – Zawołał radośnie czarnowłosy mężczyzna w średnim wieku trzęsący się z
podniecenia jak mała osika. Pod wpływem emocji wziął w ramiona swoją
asystentkę.
– Eee… - Kobieta
uśmiechnęła się z lekkim zakłopotaniem. – Podwyżkaa?
– Baka – zaśmiał się
Nakamatsu. Normalnie to by się na nią wydarł, ale dziś był w doprawdy
wspaniałym nastroju. Zadziwiająco dobrym nastroju.
Hm, mała poprawka: Jednak doktor o wiele bardziej się
ekscytował niż jego podwładni.
Niemniej, w powietrzu wisiały różne sprzeczne przeczucia co
do TEGO dnia. Mroczne pragnienia i spełnione marzenia mieszały się ze sobą,
tworząc coś w stylu chaosu, z niezbyt dokładnie określonym jego znaczeniem.
Pozytywny czy nie, ważne, że w tym momencie nie dało się go raczej kontrolować.
A przynajmniej tak by się komuś postronnemu wydawało.
Bo tak naprawdę całe to zamieszanie tworzyli ludzie i gdyby
tylko się uspokoili, wszystko stanęłoby w miejscu. Choć w tej chwili ułożenie
tego wszystkiego w spójną całość mogło się zdawać większości niemożliwe,
Nakamatsu potrafił nad tym zapanować, owszem, ale teraz nie miał czasu. Musiał
natychmiast pędzić do…
– Który to pokój?! –
Wykrzyknął oszołomiony.
– Ano, chyba… trzysta
trzynaście. – Uniosła brew, trochę niepewna przez sytuację, która przed chwilą
rozegrała się przed jej oczami. Owszem, Nakamatsu czasem coś odbijało, ale
Masui nigdy w życiu nie posądziłaby go o aż taką sklerozę! Na dodatek, kiedy
spojrzała mu prosto w oczy, dostrzegła, że w ich głębi czai się…
SZALEŃSTWO
Ujrzawszy, jak jego serce po prostu odlatuje z nadmiaru energii i stałej motywacji, kobieta nie mogła powstrzymać się od delikatnego uśmiechu. Był taki gotowy do działania, emanował wspaniałą siłą pomimo swego już nie tak młodego wieku…
Zadowolony wyraz twarzy nie gościł jednak na jej twarzy zbyt długo – znikł tak szybko, jak się pojawił, pozostawiając po sobie niewyobrażalną pustkę w sercu Masui.
– Aaaach…! No tak! –
roześmiał się pogodnie Nakamatsu. – Po prostu jestem bardzo podekscytowany,
haha.
Gdyby jego asystentka miała sporządzić jego podobiznę w
stylu typowo mangowym w chwili obecnej, na pewno na rysunku pojawiłyby się:
lekko rozwichrzone włosy, łagodne rysy twarzy, zamknięte i uformowane w kształt
półksiężyców oczy, niewinnie uniesione i troszkę zmarszczone brwi w geście
zakłopotania czy też nawet zawstydzenia, wyrażający kompletną nieporadność
uśmiech oraz kropelki potu na zarumienionych policzkach. I oczywiście kitel, bo
robił tutaj za lekarza. Nie żeby
kiedykolwiek chciała go osadzić w jakiejkolwiek książce…
Dla niej zawsze był, jest i pewnie na zawsze pozostanie
mistrzem i niedoścignionym wzorem, a ona jego głupiutką uczennicą. Nigdy nie
dorośnie mu do pięt. Choćby starała się z całych sił i tak jej próby dorównania
mu spełzną na niczym.
Nande…? Nande…?!
Nagle jej oczy zaszkliły się od łez, lecz niezwłocznie
otarła je wierzchem dłoni tak, że jej szef nie zdążył zauważyć u niej tej
jednej chwili słabości. Płakała dosyć często, toteż nie chciała dostać kolejnej
nagany za bycie wiecznym dzieckiem.
– W takim razie –
klasnął w dłonie mężczyzna – do pokoju trzysta trzynaście! – Zawołał cały w
skowronkach, jakby nikt i nic nie mogło mu przeszkodzić w zrealizowaniu jego
życiowych celów, a kto wie, może i jedynego
celu?
Masui sama nie wiedziała, co tkwi na dnie jego umysłu.
Uznawała go za nieco niezrozumiałego geniusza. Zresztą, nie tylko ona. Ci,
którzy finansowali jego przedsięwzięcia, postrzegali go w ten sam sposób.
Może wydawać się to komiczne, że przez tyle lat nie odkryła,
jaki naprawdę jest. Dla niej jednak nie było to śmieszne. Postawiła sobie za
priorytet zbliżenie się do Nakamatsu, choć on prawie nigdy nie dopuszczał jej
do siebie. Wszystkich trzymał na dystans.
Jej samozaparcie prawdopodobnie zrodziło się pod wpływem
wielu dziwnych zdarzeń, przez które razem przeszli. Uniewrażliwiła się na słowo
„niemożliwe”. Nie potrafiła tak po prostu zrezygnować.
Podczas gdy zajęta była rozmyślaniem, kierowali się we
dwójkę stanowczym krokiem do wspomnianego wcześniej miejsca. Taka podzielna
uwaga nie była dla niej nowością. Przyzwyczaiła się do przemierzania korytarzy
w tę i z powrotem, więc nic w tym nienaturalnego, że znała drogę na pamięć.
Może nawet trafiłaby do każdego kąta bez używania oczu!
Tempo Masui stało się po chwili bardziej flegmatyczne. Ogarnęła
ją nie do końca jej jasna niepewność.
***
Po dotarciu do „pokoju” (bo według Masui wnętrze ów
pomieszczenia nie przypominało przytulnej sypialni choćby w najmniejszym calu),
Nakamatsu podszedł do pancernych drzwi, które nieugięcie broniły dostępu do
tego, co znajdowało się wewnątrz. Odetchnąwszy głęboko, odwrócił się do swojej
asystentki. Stał teraz tyłem do drzwi.
– Gotowa? –
Uśmiechnął się lekko, jakby chcąc dodać jej otuchy.
– Hai – pokiwała
głową twierdząco, ale wciąż stała kilka centymetrów od drzwi. Przezorny zawsze ubezpieczony.
Dyrektor przyłożył palec wskazujący lewej dłoni do czytnika linii
papilarnych – śladzie po ostatnim prawie że krytycznym błędzie Masui, na
wspomnienie o którym od razu się skrzywiła. Drzwi zaczęły się powoli otwierać.
Kobieta zerknęła ukradkiem na ochroniarzy ustawionych po
zewnętrznych bokach rozsuwających się drzwi.
Zawsze w pogotowiu,
co? – wymruczała w myślach.
Kiedy wreszcie drogi do „pokoju” nic nie blokowało, poczuła
przejmujący od stóp do głów chłód. Odruchowo wzdrygnęła się.
Już na początku, gdy drzwi ujawniły niewielką zawartość
tego, co się za nimi kryje, Masui przebiegł po plecach zimny dreszcz, ale nie
zamierzała o tym mówić Nakamatsu… Powiedziałby, że jest histeryczką i kazał jej
wracać do domu. A ona wolała nie wyjść na tchórza przez swoje złe przeczucia,
które prawdopodobnie spowodowała panika.
Poza tym jeśli nie wyśmiałby jej, to i tak nie zgodziłby się
na odwołanie całej akcji. Był zbyt dumny i uparty, Masui nieraz przyszło się o
tym przekonać.
Zresztą to coś na kształt bryzy, która ją musnęła, nie miało
zbyt dużej mocy. Zaledwie jeden kosmyk hebanowych włosów wydostał się z jej ciasno
upiętego koka, nic więcej. Zaryzykowałaby stwierdzeniem, że nie czekało ich tym
razem spotkanie z chodzącą katastrofą. Przynajmniej w najbliższym czasie.
Wróciwszy do rzeczywistości, zauważyła zniknięcie doktora i,
zorientowawszy się, iż pewnie ruszył przodem, weszła do środka.
Po wkroczeniu do pomieszczenia, zalała ją fala bieli i
oślepiła na moment.
Śnieżnobiałe ściany, śnieżnobiałe podłogi, śnieżnobiały
sufit… Nie było tam niczego, co zakłócałoby panowanie tego koloru.
Poza postacią skuloną w rogu: barwami jej ubrań, włosów,
skóry i tęczówek, a także rozchylonych delikatnie ust.
Matsui rozejrzała się dokoła, by wyłapać, czy aby na pewno
wszystko jest w porządku (i czy nie nadeszła czasem pora na ucieczkę…).
Niestety, gdy odwróciła się w stronę drzwi, zdała sobie ze swojego smutnego
losu: drzwi były zamknięte, a jakakolwiek droga ulotnienia się stąd została
odcięta. Nakamatsu ustawił ich tryb tak, by samodzielnie się zamykały i tylko
dzięki jego odciskom palców dało się je otworzyć.
Swoją drogą… – Z
powrotem obróciła się przodem do lekarza i wciśniętej w kąt osoby. – Nic się tu nie zmieniło.
Wciąż pamiętała, jak w jej obecności przełożony po raz
pierwszy zamykał te drzwi. Wtedy na pewno ufał jej znacznie bardziej niż teraz…
Postanowiła, że przybliży się do niego o kilka kroków i
stanie pod innym kątem. Mając przed sobą jedynie jego plecy, nie była w stanie
odczytać jego ekspresji. Niepokoiło ją to, że się nie odzywał.
Po stanięciu dokładnie obok dyrektora, coś spostrzegła:
wesołe ogniki, które na początku tańczyły w jego oczach, przygasły. Pojawił się
za to szeroki uśmiech na twarzy pooranej licznymi zmarszczkami.
Rozchylone wargi zdradzały, że mężczyzna zaraz przemówi. W
oczekiwaniu na jego słowa, kobieta zacisnęła ręce w piąstki i przełknęła cicho
ślinę.
Wreszcie zaczął poruszać ustami.
– Moja droga, jesteś
wolna.
___________________________________________________________________________________
Hejka!
Oto obiecany prolog ^^ Mam nadzieję, że się Wam spodoba.
W moim zamierzeniu nie będzie to leciało tak jak w animcowej wersji Diabolik Lovers ani nie będzie kubek w kubek jak w grze. Chcę dodać kilka zdarzeń nieopisanych kompletnie ani w jednym, ani w drugim.
Przy okazji znajdzie się kilka OC, więc jeśli nie lubisz tego typu opowiadań - nie czytaj.
Uprzedzając pytania: Nie wiem, kiedy pojawi się rozdział pierwszy, ponieważ jestem trochę zabiegana, a nadal chodzę do szkoły (poza tym audycje, fanduby i bycie na konwentach też wymaga trochę czasu), więc nie pytajcie o to ^^" Jak będzie to będzie.
Poza tym przymierzam się do tego, aby w wakacje napisać i opublikować chociaż kilka rozdziałów. Zobaczymy, czy mi to wyjdzie :"D
Tak na marginesie: Prolog jest jeszcze z czasów, kiedy chodziłam do gimnazjum, zatem może być parę błędów, za które z góry przepraszam.
Na koniec pragnę podziękować Andzikowi za częściową korektę - pomoc naprawdę się przydała, bo teraz, jak mi się wydaje, piszę trochę lepiej niż kiedyś! ♥
[Uwaga! Nie przywłaszczam sobie żadnego z artów/zdjęć (chyba że napisałam inaczej). Diabolik Lovers jest własnością Rejeta, a to, co piszę, to tylko fanfiction.]
Red Queen


