piątek, 14 lipca 2017

Haunted Dark Bridal: Dark 01





         Im bardziej Cię kocham,
            Tym bardziej kusi mnie, by pochłonąć Cię całą.
            A kiedy już stanę się z Tobą jednym ciałem
            Czy ta żądza, ten ból odejdą?
            Im bliżej jestem, tym bardziej się od Ciebie oddalam.
            Twój obraz majaczy mi przed oczami
Niczym pustynna iluzja.


  Lord Richter




Dzień ten nie należał do najpiękniejszych. Niebo było sine, toteż łatwo dało się wywnioskować, że prawdopodobnie zbliża się nieprzyjemny wieczór.
Tylko patrzeć, aż zacznie padać i grzmieć. – Pomyślała kąśliwie szesnastolatka. Że też akurat dzisiaj kazano przyjechać jej w obce strony!
Wiatr, który dotarł do wnętrza samochodu przez otwarte okno, delikatnie poruszył jej wolnymi włosami układającymi się w fale. Przynajmniej chłodny wiaterek okazał jej trochę dobroci… Przymknęła oczy.
Nawet nie zauważyła, kiedy pojazd się zatrzymał. Rozejrzała się po okolicy sceptycznie.
Raany, co za zadupie… Jeden dom na krzyż, z przodu las, z tyłu las… Lepiej być nie mogło.
Jęknęła przeciągle, wysiadając z auta. Spojrzała na telefon. Ledwo dwie kreski zasięgu. Nieźle.
Zgadując, pewnie sam monopol leży gdzieś kilka kilometrów stąd, co? Nie spodziewałam się apartamentu, ale mieszkanie w Narnii to chyba lekka przesada.
W tym czasie kierowca zdążył wszystko wypakować, więc niebawem obok niej pojawiła się jej ulubiona wiśniowa walizka, na którą położył od razu materiałowy kuferek dla łatwiejszego transportu. Co dziwne mężczyzna nie odezwał się do niej ani słowem. Także wtedy gdy sama pół żartem, pół serio rzuciła luźną uwagę o pomyłce na mapie, nie wierząc do końca, że to tu miała się udać.
Nie podoba mi się to. – Zmarszczyła brwi, rozglądając się wokół.
Nim jednak zdążyła coś zrobić, nieznajomy wszedł do samochodu i odpalił silnik. Maszyna ruszyła z piskiem opon.
 – Hej, czekaj! – Przez jakiś czas biegła za pojazdem, ale gdy przyspieszył, straciła go z oczu.
Zatrzymawszy się, oparła dłonie na kolanach i zgięła się, próbując złapać oddech. Gdy wreszcie go odzyskała, wyprostowała się i wykrzyczała, unosząc pięść w geście groźby:
 – Tch, nie to nie! Sama sobie poradzę, nie wracaj tu więcej!
                Wiedziała, że i tak jej nie usłyszy, a co najwyżej jakiś przechodzień weźmie ją za wariatkę paplającą do siebie z braku innego towarzystwa. Była jednak diabelnie sfrustrowana i po tym głupim ryknięciu trochę jej ulżyło. Była zła na wszystkich: na bezczelnego kierowcę, na porę dnia, na pogodę, a przede wszystkim na własną bezradność…
                Pokręciła głową, wciąż nie mogąc pogodzić się z pozycją, w jakiej się znalazła. Środek jakichś Pizdoklepek Dolnych, a do tego jeszcze nie wiedziała dokładnie, gdzie się znajduje dom, w którym miała zamieszkać. Ten podejrzany facet mógł ją nawet wyrzucić z dala od jakiejkolwiek cywilizacji!
Trudno. Trzeba wziąć się w garść. Inaczej będzie musiała spać na środku jezdni, ugh.
Chwyciła walizkę. Zdążył już zapaść zmrok i ciężko było zauważyć cokolwiek, więc zmrużyła oczy dla lepszego widzenia. Dostrzegła maleńkie światełka w oddali. Nic poza tym.
Panie Boże, oby to nie było ostatnie, co zobaczę. – Modliła się w duchu. Za młoda była, żeby umierać!
Ku jej uldze światełka te okazały się pochodzić z lampy ulicznej. Jej wzrok przeniósł się trochę na lewo i blask padał wprost na… dom! Pytanie czy właściwy. Miała kolejny raz farta, bo ktoś tam na górze przypomniał sobie o niej i zesłał jej także randoma, którego mogła spytać o radę.
 – Hm? – Nie dała rady powiedzieć czy przechodzień to kobieta, czy mężczyzna przez prawie wszechogarniający mrok, za to była przekonana, że usłyszała zdziwienie w jego głosie. – To jedyny dom w okolicy. Ale… proszę uważać, ta posiadłość ma opinię nawiedzonej. Rzadko ktokolwiek się tu zapuszcza.
Przy dwóch ostatnich zdaniach ściszył się tak, że blondynka z trudem wyłapywała jego słowa. Oczywiście podziękowała, bo tak wypadało, choć nie mogła powiedzieć, że jego odpowiedź ją uspokoiła. Przeciwnie. Aż dygotała z wrażenia.
Lubiła oglądać horrory, ale kiedy to jej przyszło się zmierzyć z tym, co kryje się za drzwiami, do ekscytacji dołączył lęk. W filmach wszystko było przewidywalne… Lalka? Przeklęta. Obcy? Na wolności. Martwy? Nie do końca. Rzeczywistość była o wiele bardziej skomplikowana.
Uwagę nastolatki przykuły ćmy latające wokół źródła światła. Były zupełnie jak ona. W końcu kto nie wykorzystałby szansy na zyskanie ciepłego kąta? Jej też nie widziało się przebywać ciągle na zimnym dworze.
Osobiście nie spotkała nigdy dotąd żadnego upiora, więc… więc faktycznie może to tylko opowiadania starych bab? Do diabła z tym! Znowu sobie coś uroiła, takich rzeczy nie ma. Durna bujna wyobraźnia.
Nurtowało ją jedno: Jakim sposobem jej krewni naprawdę tutaj mieszkają? Nie sądziła, że ma tak… ekscentryczną familię, która woli życie z dala od cywilizacji. Czyżby jacyś hipisi?
Dom raczej nie był duży, prezentował się ładnie, choć odrobinę staroświecko z tymi drewnianymi wykończeniami. Gdzieniegdzie po ścianach budynku pięły się rośliny, dokoła też ich nie brakowało.


Właściwie wyglądał niejako magicznie. Dzięki latarni oświetlającej posesję jasnowłosa odniosła wrażenie, że stoi przed bramą do innego wymiaru. Ajajaj! Zdecydowanie za dużo telewizji.
Brak włączonych świateł w środku niepokoił ją, aczkolwiek… może lokator po prostu jest zmęczony i śpi?
Chyba że… ojciec kłamał. Nie, nie, to niemożliwe! Może i sprawiała parę kłopotów wychowawczych, ale nie zostawiłby przecież córki w pustym domu!
Błyskawica przeszyła niebo. Rozległy się potężne grzmoty.
 – Kyaa…! – Dziewczyna podskoczyła odruchowo.
                Nie mam wyboru. Muszę spróbować!
 – Przepraszam? – Zapukała niepewnie do drzwi odrobinę przerażona wizją następnych piorunów. Oby w nią nie trafiły, jejku…
                Nikt nie odpowiedział. Zrobiła się jeszcze bardziej nerwowa.
 – Halo? – Zapukała jeszcze raz, tym razem mocniej.
                Brak odpowiedzi… Super. Nikogo nie ma. Czyli co, sterczenie tutaj, dopóki ktoś mnie nie wpuści, jest jedyną opcją? Albo… może rzeczywiście ten dom od dłuższego czasu jest niezamieszkany?
                Ach… Jeden z wiernych mówił kiedyś, że w podobnych miejscach chowają się potwory. Nah, pierdoły.
                Nagle zatęskniła za bezpieczeństwem i opieką, jaką obdarzało ją całe grono kościelne… Wróciła wspomnieniem do ostatniego spotkania z ojcem.

***

 – Hę? Wezwano cię do innego kościoła? Wyjeżdżasz już jutro?! – Podniosła głos przy ostatnim zdaniu i głośny pisk odbił się od ścian kościoła, co spowodowało, że oblała się gwałtownie rumieńcem i spuściła wzrok.
 – Nie krzycz tak, dziecko. Uspokój się, proszę. – Na czole mężczyzny w średnim wieku pokazała się pionowa zmarszczka.
 – „Uspokój się”? Każdy by tak zareagował, jeśli znikąd dowiedziałby się o czymś takim! – Znów podniosła głos, ale teraz już w jej oczach błyszczał wyłącznie gniew. Mężczyzna westchnął zrezygnowany. – I to poza Azją? Dokąd cię wywożą?
                Brała go poniekąd na litość, jednak nie potrafiła przyjąć do wiadomości, że ktoś, z kim spędziła większość swojej egzystencji, zostaje jej odebrany przez pracę. Na jej twarzy malował się ból i żal, a jej paznokcie odruchowo wbijały się w skórę dłoni.
 – Hm… prawdopodobnie chodzi o wschodnią część Europy. – Odpowiedział z anielskim spokojem.
                Co?! Więc… Więc jakaś Ukraina, Rosja i Litwa potrzebują go bardziej niż jego córka?!
 – Cz… Czemu akurat tam? – Wykrztusiła, usiłując powstrzymać napływające jej do oczu łzy.
 – Ach, gdy byłem młody, spędzałem tam sporo czasu. – Wyjaśnił jak gdyby nigdy nic Seiji. – To wezwanie od Kościoła przyszło dość niespodziewanie.
 – W takim razie… Kto zajmie twoje miejsce?
 – Na pewno znajdzie się jakiś chętny na moje stanowisko. – Odparł jednocześnie z pokorą i smutkiem.  – Co ważniejsze ty zostaniesz w Japonii.
 – Hę? – Popatrzała na niego ze zdumieniem. Dlaczego mieliby się rozstawać? Wyjazd z rodzinnego kraju to jedno, ale opuszczenie niepełnoletniej córki to już przegięcie…
 – Cantarello, proszę… posłuchaj mnie uważnie. Ja… nie mogę zabrać cię ze sobą. – Spojrzał na nią tak twardo, jakby jego serce zamieniło się w kamień.  – Nie możesz ze mną jechać.
 – Ale...!
 – Nie możesz!  – Nagłe warknięcie rodziciela zbiło ją z tropu.
                On… Nie chce, bym się stąd ruszała. Ale… z jakiego powodu?
 – Ojcze…?  – Wydukała cicho.
 – Wybacz… – Na powrót złagodniał. – Pozostawienie cię tutaj… jest dla mnie bardzo bolesne. Ale… to dla twojego dobra. Zrozum.
                Ha-ha! O mało ci nie uwierzyłam.  – Łatwo się było domyślić, że usiłuje ją zwodzić na manowce. Normalnie nie plątałby się tak w zeznaniach i opowiedziałby jej wszystko ze szczegółami jak zwykle.
 – Uch… zostawisz swoją jedyną córkę samą? „Dla jej dobra”? – Teraz już tylko nosiła maskę urażonej. W gruncie rzeczy obmyślała plan, jak wyciągnąć z niego kluczowe informacje.
 – Ach…  – Wyglądał na totalnie przybitego, co go jednak nie usprawiedliwiało. Nie mogła odpuścić.
 – Nie możesz tego odrzucić? – Nalegała niewinnie.
 – Długo nad tym myślałem i… to zadanie, które jedynie ja mogę wykonać. Nie mogę tego odwołać.
 – Jakie zadanie? – Skrzyżowała ręce pod piersiami. Był w bliskich kontaktach z Kościołem, ale żeby aż tak?
 – Ach…! – Zachłysnął się i minęła dobre kilka sekund, zanim odzyskał fason. – Nieważne. Tak czy inaczej odpowiednio się na to przygotowałem i masz zapewnione dogodne warunki do życia tutaj. Jutro w nocy wyjeżdżam. Twoja walizka jest już spakowana. Zaufaj osobie pod tym adresem.
                Podał jej karteczkę z krzywo nakreślonymi znakami. Słabo umiała czytać po japońsku, ale coś wyłapywała z tych krzaczków.
 – Kto to jest? – Spytała, mając nadzieję, że dowie się czegoś więcej.
 – Nigdy ci o nim nie wspominałem, ponieważ jesteśmy w nie najlepszych relacjach. Dom należy do mojego dalekiego krewnego. Jest związany z Kościołem, zatem powinien zrozumieć okoliczności. Nie pozwoli wyrządzić ci krzywdy i będzie o ciebie dbać, dlatego możesz traktować go jak drugiego ojca.
 – W porządku. – Pokiwała głową ze zrozumieniem, chociaż miała złe przeczucia.

***

                Tak jak myślałam. Nawet jeżeli nie powinnam, trzeba mi było jechać z ojcem. Od początku nic się nie układało: zgubiona wizytówka, mało rozmowny kierowca, pogaszone wszędzie światła i środek pola bez żywej duszy… A ten facet, który ma mnie gościć to pewnie jakiś zwyrol lubujący się w nazywaniu go „Sugar Daddy”.
Zbiera mi się na pawia na myśl o tym, jak dałam im się z łatwością oszukać! Mimo to… ostatecznie to wola mojego ojca. Uwierzyłam mu. Tylko jaki miał  w tym cel? Po co wysadzili mnie tutaj i to kilkaset metrów od domu? Czyżby… bali się czegoś? Na sto procent ma to związek z zadaniem mojego ojca. Jak na zwyczajnego człowieka pomagającego w parafii nieźle na nim polegają, hm…
Znienacka usłyszała skrzypnięcie drzwi, które ku jej zdziwieniu samowolnie się otworzyły.
To tak jakby… Zapraszały mnie do środka.
Welp. Przynajmniej były bardziej gościnne niż ten, kto ich na co dzień używa. – Zaśmiała się w myślach. Nawet w takim momencie trudno było jej powstrzymać się od żartów.
Wpadła na pokręcony pomysł, ale miała już po dziurki w uszach obecnej atmosfery, która ją przytłaczała i zdawała się zgniatać raz po raz jej wątłe ciało.
Pukając… nie, raczej okładając biedne drzwi pięściami, zaczęła wydzierać się wniebogłosy:
 – Haloo…?! Jest ktoś w domu?! Policja, nie ruszać się, jesteście otoczeni!
                Odpowiedziała jej ponownie głucha cisza, chociaż udało jej się wypłoszyć z lasu ptaki.
                Mocarna jestem… Tylko szkoda zwierząt. Ale teraz przynajmniej z czystym sercem wiem, że nikogo wewnątrz nie ma.
                Popatrzywszy jeszcze raz na drzwi, postanowiła wejść do środka dziarskim krokiem.
                Nie wbiję im z buta i nie rozwalę drzwi, więc chyba nie będą mnie szkalowali… – Pociągnęła śmiało walizkę za sobą.

***

                Jestem w środku, ale… słaby ten komitet powitalny.  – Od wejścia od razu rzuciły jej się w oczy dwa gargulce stróżujące na piedestałach po jednej i drugiej stronie schodów, zaś podłogę zdobił… aksamit? Jakiś czerwony materiał w każdym razie.
                Ojej… Nawet balustrady schodów są drewniane! Ktoś tu musi mieć fioła na punkcie drewnianych dekoracji! – Pomyślała rozbawiona.
                Wnętrze oświetlały dwie marne świeczki. Na ścianach wisiały stare obrazy, a piętro podpierały marmurowe kolumny.


                Dosyć… osobliwy styl. Taki gotycki. Niektórych strach by obleciał, lecz nie ją – wiele zwiedzonych przez nią świątyń było urządzonych właśnie w ten sposób. Zawsze to jakaś miła odmiana od modernistycznych budowli odwiedzanych przez nią codziennie.
                Skoro drzwi się otworzyły… to jasne jak słońce, że ktoś chce się ze mną pobawić w kotka i myszkę! Może są tu jakieś ukryte kamery? – Badała oczami każdy zakamarek, przechodząc do dalszej części posiadłości.

***

                Korytarz, który wybrała, okazał się prowadzić do salonu. Czy to już ten moment, w którym należy krzyknąć „Przyszli goście!”? Nie no, do tego stopnia chamska to ona nie będzie.
                Zobaczmy…
Marmurowy kominek i rama wisząca nad nim, standardowo schody z drewnianymi barierkami, kanapa, stolik do kawy i fotele… Wszystko urządzone w tym samym stylu. Jedynymi pośrednikami światła były dwa smukłe okna nieokryte żadnymi firanami.


                Ktokolwiek to projektował, musi mieć kupę forsy i specyficzne upodobania.
                Przebiegła wzrokiem po pokoju w poszukiwaniu kogokolwiek, kto mógłby być skory do rozmowy, choć i tak nieszczególnie cokolwiek widziała i mogłaby się z łatwością potknąć o czyjeś nogi.
                Ech… Nikogo tu nie ma. Ojciec musiał pomylić adresy, co nie jest wcale takie nienaturalne w jego wieku. – Parsknęła do siebie, zakładając ręce za głowę.
                Jak na opuszczoną parcelę, nie odznaczała się ona pierzyną kurzu, jakby się nad tym głębiej zastanowić… Na jak bardzo niegrzeczną wyjdzie, jeśli klapnie sobie na fotelu, położy nogi na stół i na luzie poczeka na pokojówkę? Przecież i tak ktoś musi tu sprzątać.
                Ten dom jest zbyt zadbany, by mógł być do wyburzenia. Ma tylko zepsute zamki i kiepską służbę, tak.
                Może jednak lepiej zadzwonić do ojca? Szybciej pójdzie.
                Uśmiechnęła się triumfalnie, wiedząc, że będzie mogła utrzeć mu nosa i poskarżyć się na swoją niedolę. Spojrzała na swoje spodnie w poszukiwaniu telefonu, ale jej uwagę zwróciła jedna rzecz, której wcześniej nie zobaczyła.
Niesforne kosmyki włosów spoczywały na kanapie. Zbliżyła się wiedziona dziecięcą ciekawością.
                Aw! Więc nie była tutaj sama – błyskawica, która rozjaśniła pomieszczenie pozwoliła jej sądzić, że miała tutaj towarzysza w postaci chłopaka i to nie byle jakiego!
 – Siema! – Przybliżyła swoją twarz do jego.
                Jak można tak uroczo wyglądać, kiedy się śpi, no jak?
                Czy on miał… różowe włosy? Wpadały gdzieś kolorem między intensywną czerwienią a ciemny róż. Jakaś taka dziwna barwa. Może wina Venity, chociaż ona to raczej na zielono się zmywa.
 Powstrzymała się od chichotu. Nie wolno się wyśmiewać z czyichś preferencji, prawda? Ktoś może wielbić sraczkowaty, a ktoś… może uważać różowy za coś fajnego.
 – Przepraszam…
                On… nie odzywał się. I nie słyszała jego oddechu. Przyłożyła ucho do jego ust.
                On serio nie oddycha!
 – Żyjesz? – Spanikowana dotknęła jego dłoni, chcąc nią potrząsnąć, by go obudzić, przekonać samą siebie, że nie stoi przed trupem… ale skóra chłopaka była równie zimna co sopel lodu. Samą dziewczynę ogarnął chłód.
                No nie, pewnie oskarżą mnie teraz o morderstwo! Ale… Jak on właściwie zginął? Nie ma sznura na szyi, podciętych nadgarstków ani niczego podobnego… Nawet nie czuć od niego rozkładającym się truchłem. Więc możliwe że… otruł się?
                Szkoda takiego ciacha, ale chyba nie mogła już nic poradzić na to, jakiego dokonał wyboru. Kto umarł, ten nie żyje. Niech spoczywa w pokoju, a światłość wiekuista niechaj mu świeci. Amen.
                Znienacka krew napłynęła jej do uszu i odniosła wrażenie, jakby zaraz miała się udusić. Jej serce przyspieszyło tak mocno, że bała się o swoje żebra. Jego dudnienie odbijało się w jej głowie, przez co nabrała ochoty, by zwymiotować.
                Cho… Cholera… – Zacisnęła zęby, gorączkowo łapiąc powietrze w nozdrza. Straciwszy większą część swoich pokładów energii, przyklękła na jedno kolano.
 – Gdzie się podziewasz? Gdzie jesteś? – Rozległ się przytłumiony dojrzały głos niewątpliwie należący do jakiegoś mężczyzny.
                Odwróciła się, by móc złapać choćby kątem oka jego sylwetkę, jednak… nikogo nie dostrzegła. A może to ona już kompletnie oślepła? W każdym razie salon wydawał jej się, nie licząc obecności dziewczyny i gnijącego nastolatka, pusty.
 – Dostaję paranoi, kurwa mać...  – Szepnęła, śmiejąc się panicznie.
                Ktoś definitywnie musi robić sobie ze mnie jaja. Koniec tej zabawy w chowanego! W dupie mam czy wyląduję w sali przesłuchań – dzwonię po gliny!
                Wyjęła z kieszeni drżącą ze zdenerwowania ręką udekorowany błyszczącymi naklejkami w formie niewielkich klejnocików smartfon. Lecz przy wybieraniu numeru zawahała się nieco. A co jeśli ten chłopak walczy właśnie o życie? Może lepiej będzie wezwać i policję, i pogotowie…
                Sekunda, w której wcisnęła adekwatne okno na ekranie, zdawała się jej wiecznością.
                Oby nie było za późno!
                Z ulgą powitała głos ratowniczki.
 – Ch-chciałabym wezwać ambulans i radiowóz policji. – Odchrząknęła, próbując pozbyć się chrypy. – Prawdopodobnie ktoś otruł chłopaka w wieku szesnastu albo siedemnastu lat.
 – Proszę podać adres.
 – Adres? Um… Z tym może być maleńki problem… Jestem nieopodal lasu i… – Zaśmiała się zakłopotana. Plan wziął w łeb, musiała znaleźć inne rozwiązanie. – Mogłaby pani powiedzieć, co powinnam zrobić? Włożyć mu dwa palce do buzi jak to robią sobie anorektyczki?
                Chętnie zrobiłaby mu usta-usta i przywróciła w ten sposób do stanu przytomności, ale kto wie, co ostatnio żłopał? Jeszcze sama padnie przez tę reanimację.
                Aczkolwiek… Jeżeli próby resuscytacji by się nie powiodły, zawsze można sobie strzelić wspólną pamiątkową fotkę, co nie? Gorsze rzeczy wstawiano na Snapie, a ponadprzeciętnie zakonserwowane ciało zasługuje na olbrzymią sensację. Archeolodzy okrzykną ją bohaterką i zniknie z internetów po dwóch dniach gównoburz.
 – Nn…
                Dałaby sobie rękę uciąć, że przed chwilą dobiegały jakieś odgłosy od martwego. Może istotnie nie powinno się go jeszcze grzebać…
 – Cicho bąądź. – Została złapana za dłoń przez nieznajomego, co sprawiło, że z zaskoczenia upuściła komórkę. Jak gdyby nigdy nic chłopak z naburmuszoną miną podniósł się do siadu.
                Tak żywy i sprawny mógł być tylko… zombiak! Nie mam noża… Chyba że rozwalę go sandałem. Albo stołem.
                Ujrzała jadowicie zielone oczy, których nie miała sposobności widzieć przez zamknięte powieki.
                Aw, nie tylko ma łagodne rysy twarzy, szerokie ramiona i silne ręce – nawet jego oczy są atrakcyjne!
 – Ach? Co do chuja… Czemu tak hałasujesz? – Mruknął wpółprzytomny.
 – Jakbyś łaskawie otworzył drzwi frontowe to by nie doszło do czegoś takiego! – Odszczekała się bez namysłu. Zaraz… Przecież on…!
 – Co… A, jesteś dziewczyną. – Brawo, geniuszu. Odkryłeś Amerykę. – Co tu robisz?
 – Mogłabym cię spytać o to samo. – Nadal trzymał jej nadgarstek w żelaznym uścisku. Aha, czyli trenuje na siłce, potwierdzone info.
 – Po prostu spałem. Masz z tym jakiś problem? – Zmrużył kocie ślepia.
                Grooźnie. Przydałby się im teraz ring. Zapasy w kisielu brzmią jeszcze bardziej rozrywkowo!
 – Ciekawe jak mogłeś spać, skoro nie oddychałeś. Chwilę temu… – Zacisnęła wargi. Nie powinna mówić nic więcej. Za Chiny nie dogada się z tym tutaj. Lepiej będzie odejść w swoją stronę.
 – No? Co było chwilę temu? – Owionął jej lewe ucho zimnym oddechem, co spowodowało u niej zerwanie się na równe nogi. Osłoniła ucho ramieniem.
 – N-nie rób te–
                Zanim się zorientowała, była już na kanapie. Uderzyła głową z impetem o oparcie, ale zignorowała to. Czy to możliwe, że jej rówieśnik mógł mieć aż tyle siły, by pociągnąć ją bez najmniejszego trudu w dół?
 – Pchasz się jak owca do jaskini lwa. W samą porę. Akurat zgłodniałem… – Uśmiechnął się, ukazując zęby. Wśród nich przyuważyła… no, trzeba przyznać: specyficzne uzębienie. U nikogo jak dotąd nie spotkała się z tak wyrośniętymi kłami. – Kolacja tuż po przebudzeniu, haha.
                Ostentacyjnie się oblizał. Ugh. Obrzydliwiec jeszcze się tym chełpi.
                Żałuję, że go kraszowałam. Muszę teraz oddać swój mózg zombiakowi. Może jemu bardziej pomoże.
                Tak naprawdę nie zamierzała się poddać. To by było za proste. Jedynie samobójcy, którzy, nawiasem mówiąc, są tchórzami, podejmują się czegoś takiego.
 – Puszczaj mnie! – Zaczęła wierzgać, próbując dosięgnąć choćby krawędzi stolika do kawy. Uch! Czemu musi być tak daleko?!
                Miała przyblokowane nogi. Chłopak ją przejrzał i umieścił jedną z jej nóg pomiędzy swoją. Drugą co najwyżej mogła bezradnie machać na boki.
 – Ja? To ty weszłaś do cudzego domu i mnie przy okazji obudziłaś! – Zaśmiał się czerwonowłosy. I… poniekąd miał rację.
 – A-ale to nie moja wina, bo…
… drzwi same się otworzyły. – Kto by w to uwierzył?
 – Urusei yo! – Usłyszała jego głos tym razem w prawym uchu.
 – Przestań tak robić, ogłuchnę przez ciebie! – Wykrzyczała, bezskutecznie usiłując dosięgnąć leżącego na podłodze telefonu wolną ręką.
                Za daleko… znowu…
                Miała ochotę się rozpłakać. Wszelkie koła ratunkowe znajdowały się poza jej zasięgiem, a była więcej niż pewna negatywnych intencji zielonookiego…
 – Nie potrafisz ulec. Nie wierć się, bądź grzeczną ofiarą… – Rozdarł rękawy jej bluzki, odsłaniając złociste ramiona dziewczyny, na co ta zareagowała piskiem.
 – Co… Co ty…?! – Wybąkała z oczami jak talerze. Czy jeśli był zombie to nie wziąłby się przypadkiem najpierw za rozpłatanie jej kory mózgowej? Chociaż… równie dobrze mógł nabrać ochoty na jej wnętrzności.
                Ale fakt-faktem. Jedyna droga ucieczki została jej odcięta. Co jednak nie przeszkadzało blondynce w ubliżaniu swojemu przyszłemu oprawcy.
 – Nie dotykaj mnie, zboku! – Warknęła bez zastanowienia. Cwelu, debilu, pajacu, zbolu… Co za różnica, kiedy koniec zbliża się wielkimi krokami? Nie będzie przecież grać w nieskończoność ze śmiercią w szachy1. Prędzej czy później i tak nadejdzie.
                I znów… To uczucie. Jakby rozrywano ją na pół. Chwyciła się wolną ręką za klatkę piersiową.
 – Uch…! – Chłopak odsunął się gwałtownie.
                Co jest? Tak wcześniej kozaczył, a przed chwilą odskoczył od niej jak poparzony? O empatię by go raczej nie podejrzewała, coś innego musiało mu przeszkodzić.
                Tak czy owak ktokolwiek zdobył się na sprzeniewierzenie się temu bandziorowi, chwała mu za to. Uratował blondynce życie.
                Swoją drogą… ze wszystkich możliwych metod pozbawiania życia, czemu musiało paść akurat na mord z ręki kanibala? I to brutala, który ośmielił się przedtem zniszczyć jej ubranie. Mógł jej chociaż zapewnić godną śmierć, a nie znęcać się nad jej bluzką, bo czym mu ona zawiniła? Błękitnym kolorem? Napisem po angielsku? Krótkimi rękawami? Za mało wyciętym dekoltem?
                Usłyszała skrzypnięcie drzwi i kroki, dość wyraźne ze względu na gołą posadzkę.
                Oho, mamy towarzystwo… – Pomyślawszy sobie o jeszcze gorszym rozmówcy, skrzywiła się. To nie tak, że od razu każdego przekreślała… Ten dom sam w sobie tworzył wewnętrznie i zewnętrznie aurę rodem ze szpitala psychiatrycznego.
 – Skąd tu tyle hałasu, Ayato? Wolałbym trochę spokoju podczas odpoczynku.
Niewyraźna sylwetka zamajaczyła jej przed oczami. Chłopak… Mężczyzna? Nie była pewna. Zwróciła uwagę tylko na jego dosyć staromodne okulary. Żadne duże szkła, po prostu… takie prostokątne z metalowymi oprawkami. Czy ona gapi się na jego pingle?!
Ale hej! Znała przynajmniej imię swojego niedoszłego zabójcy. Już wiadomo, kogo umieścić jako pierwszego na swojej czarnej liście.
 – Uch, Reiji… – Wymamrotał nadal osłupiały i cały spięty… Ayato? Tsa, tak mu chyba było. Wyglądał niczym wybudzony ze snu lunatyk. Nawet stracił tę swoją zawadiacką chrypkę w głosie.
 – Co się dzieje? – Uniósł brew skonsternowany Reiji.
                Drugiej takiej szansy nie będzie… W nogi! – Poderwała się jak pisklę do lotu i przy okazji usłyszała natychmiastowe „Oi!” ze strony czerwonowłosego, ale nie przystopowała. Zahaczyła jednak butem o nogę Ayato i akcja skończyła się wywaleniem twarzą do podłogi. Nici z wymknięcia się.
 – Uuch… – Chwyciła się za głowę. Tak to jest, jak się próbuje uciekać pod wpływem impulsu. Miała teraz przed oczami różnokolorowe fajerwerki i wcale nie należało to do najprzyjemniejszych doświadczeń. – Jezusie, Maryjo… Sorka za zamieszanie, ale ten tutaj – wskazała głową za siebie – mnie zaatakował.
                Uniosła się, zataczając się przy tym jak alkoholik. Byłaby upadła, gdyby okularnik jej nie złapał i nie podtrzymał.
 – Pomijając twoje spotkanie trzeciego stopnia z podłogą… jesteś w stanie powiedzieć, kim jesteś i co tu robisz? – Rzucił jej błyskotliwe spojrzenie.
                Wreszcie ktoś gada do rzeczy! – Złapała równowagę, a następnie skłoniła się w pół, jedną rękę odrzucając w bok, jakby trzymała w niej szlachecki kapelusz.
 – Nazywam się Cantarella Komori. Ale możecie mówić mi „Yui”, tak mam na drugie imię. Saa… jeśli moje pierwsze sprawia wam problemy to… nie obrażę się. – Uśmiechnęła się, stopniowo się prostując.
                Japończycy i to ich nieodróżnianie „l” od „r”!2 Zawsze muszę im iść na rękę… – Jęknęła z żałością w myślach.
 – A jesteś tu…? – Próbował naprowadzić ją na pełną odpowiedź starszy.
 – Miałam tu mieszkać… Śmieszna sprawa. Pierwszy raz tu jestem. – Wzruszyła ramionami.
 – Eh? Z nami? – Uniósł brwi ze zdziwienia Reiji. – Co to ma znaczyć, Ayato? – Zapytał ostro.
 – Hę? A skąd mam to wiedzieć! – Zirytował się chłopak, krzyżując ręce. – Nic o tym nie wspominałaś, Chichinashi!
 – Nie dałeś mi dojść do słowa, tsk. – Odwróciła głowę w bok obrażona, ale w tempie natychmiastowym skierowała ją w stronę czerwonowłosego. – Ty… Jak mnie nazwałeś?!
                Na policzkach dziewczyny ukazał się obfity rumieniec, kiedy zgrzytnęła zębami, zaciskając dłonie w pięści. Tylko resztkami sił powstrzymywała się od obicia mu tego słodkiego ryjka.
 – Ba~ka! Nazwałem cię Chi-chi-na-shi, bo jesteś płaska jak des-ka! – Zaśmiał się wrednie.
                Zwęziła oczy. Tego było już za wiele. Chciał wojny to będzie ją miał!
 – Ha. Ha. Normalnie ubaw po pachy. – Odparła sarkastycznie, wywracając wymownie oczami. – Ale wiesz co? W przeciwieństwie do ciebie nie jestem daltonem jak ty i nie wybieram tak tragicznych farb do włosów, Pe-dals-ko-wło-sy. – Specjalnie przesylabizowała ostatnie słowo, by go mocniej wkurwić. Oko za oko, ząb za ząb!
 – Coś ty powiedziała…?! – Zerwał się z sofy i czekała wręcz, żeby podszedł i jej przyłożył, dzięki czemu zyskałaby wymówkę odnośnie pobicia swojego przyszłego współlokatora, ale Reiji wszedł pomiędzy nich, nie pozwalając, by doszło do jakichkolwiek rękoczynów.
                Szkoda… Zbierało mu się już dłuugi czas.
 – Spokój, tak niczego nie uda nam się ustalić. – Westchnął zmęczony wzajemnymi docinkami dwójki nastolatków. Cantarella była prawie pewna tego, że usłyszała z jego ust coś na kształt wymruczanego pod nosem „jedno gorsze od drugiego”, ale olała to. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że potrafiła czasem działać na nerwy, więc nie zamierzała się nawet z tym kłócić.
 – Tch, jak chcesz. – Mruknął Ayato. Obserwowała, jak cofa się o krok i opiera plecami o kanapę. Widocznie zraniła jego dumę, ponieważ odwrócił się do niej tyłem, ona zaś opadła na sofę z westchnięciem. Ale co miała zrobić? To on zaczął ją obrażać, nie mogła pozostać mu przecież dłużna!
 – Reasumując: Żadne z nas nie wie, co tu się wyprawia. – Reiji położył dwa palce na mostku nosa, lekko go pocierając. Chyba sam nie wierzył w to, co mówi.
 – Na to wychodzi. – Skwitował zielonooki, który wydawał się stracić jakiekolwiek zainteresowanie.
… taa, najwyższy czas by się pożegnać. Nic tu po niej. Zapewne wszystko to wina tego przyćpanego pseudotaksówkarza. Zapamiętać: nie ufać nieznanym kierowcom, wywiozą cię na drugi koniec świata.
 – Czyli to pomyłka, tak jak się spodziewałam.  – Klasnęła w dłonie zorientowana wreszcie w swojej sytuacji. Cieszyła się, że wie, na czym stoi i nie chciała tego ukrywać. – A tak na marginesie… Kim ty jesteś? – Popatrzała ciekawskimi oczami na okularnika. Dalej nie znała jego nazwiska, prawda? Wypadałoby o to zapytać. Choćby po to, żeby wiedzieć na kogo się powołać bądź do kogo zgłosić się o pomoc, jeśli zajdzie taka potrzeba. Był tutaj jedynym dżentelmenem. Ten, który próbował z niej zrobić przystawkę, był definitywnie jakimś pierdolniętym kanibalistycznym wieśniakiem.
 – Reiji. Reiji Sakamaki. – Odpowiedział ze spokojem, delikatnie unosząc kąciki ust.
                Reiji–san… kawaii!
 – Ano…
 – Oya, oya, oya ~ – Rozmowę przerwał wesoły męski głos niosący się od drugiego końca kanapy. Praktycznie tuż obok niej pojawił się burgundowowłosy jegomość w kapeluszu ukradzionym wprost od Michaela Jacksona. – Urocza ludzka dziewczyna? Tutaj?
 – Halina, zawał! – Odskoczyła w bok, prawie wpadając na Reijiego. W ostatniej chwili udało jej się stanąć pewnie na nogach. A to wszystko przez tego… tego…!
 – Ufufufu~ – Czy on się cieszy z tego, że mnie przestraszył? – Witaj, miło mi cię poznać, Bitch-chan~
                W tym momencie poczuła wilgoć na prawym policzku.
                Polizał mnie, fujka!
 – Ugh… – Starła ramieniem ślinę z policzka. – Wiesz, że w ten sposób przenosi się zarazki? – Jęknęła.
 – Wybacz ~ – Chłopak zachichotał cicho, co dawało wrażenie, że wcale nie jest mu przykro.
 – Laito czy to niekulturalne zachowywać się w ten sposób w stosunku do damy, którą dopiero co spotkałeś? – Zapytał sugestywnie Reiji.
                Jej! Przynajmniej jeden, który trzyma moją stronę!
 – Nfu ~ Reiji, jesteś jak zwykle sztywny! Czy to nie w porządku, że próbuję czegoś, co ładnie pachnie? – Cmoknął zadowolony. Przysiadł się bliżej niej, zmniejszając błyskawicznie dystans pomiędzy nimi. To było… złe posunięcie.
 – E-ej, daj mi trochę przestrzeni osobistej! – Położyła dłonie na jego klatce piersiowej. Nie była przyzwyczajona do przebywania z kimś w strefie komfortu. Nawet ojciec ją rzadko przytulał.
                W trakcie przepychanki usłyszała coś w rodzaju: „Zabiję cię, gnoju! Polizałeś Chichinashi przede mną!”, na co zmarszczyła brwi i zrobiła minę jak po zjedzeniu cytryny. W książkach trójkąty może i pięknie się prezentowały, ale obecna sytuacja niezbyt jej była na rękę. Może dlatego, że nie darzyła uczuciem żadnego z nich, a może z powodu gorszych zmartwień na głowie. Ciężko cieszyć się z wianuszka adoratorów, kiedy człowiek trafia na ludożerców. Nie wpisywało się to w ogóle w definicję romantycznej miłości – w noc poślubną pewnie by ją pokroili i dodali do sałatki dla smaku.
Zastanawiała się tylko, czy Reiji jest taki sam. Jeżeli ją bajeruje i tak naprawdę widzi w niej chodzącą przekąskę to niezaprzeczalnie nastolatka ma ostro przekichane.
Szczęśliwie dzięki roszczeniowości jednego z nich, napastnik się od niej odsunął, przenosząc swoją uwagę na inną ofiarę.
 – Fufufu ~ Polizane zaklepane! Jeżeli nie zarezerwujesz sobie pierwszeństwa to twoi bracia cię uprzedzą ~  – Droczył się Laito. Wygiął usta w słodkim uśmiechu. Przynajmniej się jej nie czepiał, chociaż teraz to szczerze współczuła Ayato. Rudy zdawał się jej typem przywalającym się nawet do wolno rosnących stokrotek.
                Ach, zaraz… Czy on powiedział „bracia”? No to wszystko jasne – rodzinny kanibalizm. Rytualistyczne świnie niczym te z Outlasta! Pewnie ją pobiją, zgwałcą, karzą jej urodzić jakiegoś „Mesjasza” i zostanie tu już na zawsze!
                Nie żeby coś, pseudozamki są fascynujące, ale…  nie sądziła, że wyląduje wśród członków jakiejś sekty. Kościół nieraz ją przed nimi ostrzegał, jednak uważała ich za wytwór wyobraźni. Aż do dzisiaj.
                Może więc ojciec postanowił wystawić na próbę jej, łagodnie mówiąc, słabą wiarę i z tej przyczyny wysłał ją w te barbarzyńskie rejony? Zawsze to jakieś wytłumaczenie, choć wątpiła w swoje zdolności nawracania na chrześcijaństwo. Nie była wytrwała jak święty Wojciech i prędzej by tych dzikusów powbijała na pal niż pokojowo udzieliła im nauk. Poza tym bardziej utożsamiała się z religią hinduską niż katolicką i jej lekcje polegałyby raczej na omawianiu reinkarnacji, nie na odprawianiu mszy.
 – … ne, Kanato-kun?
                Na chwilę utraciła kontakt z rzeczywistością, ale szybko wróciła na ziemię, gdy do jej uszu dobiegł ciut dziecięcy głos.
 – Pozwól, że też się poczęstuję. Nie ruszaj się, dobrze?  – Poczuła lepki język na szyi i energicznie podskoczyła.
                Następny?! Zostanie przez nich strzępkiem nerwów!
 – … Mm, słodka. Niezwykle pyszna dziewczyna w porównaniu do tych wszystkich mdłych ludzi. – Spojrzała na agresora ze wściekłością.
                … co? Mały chłopiec? Uuch… Gorzej już być nie mogło, tutaj nawet dzieci wychowuje się w duchu kanibalizmu.
                Kiedy się odsunął, zauważyła w jego dłoniach pluszowego misia. Na jego twarzy natomiast znajdowały się cienie pod oczami.
                Biedaczek. Nie dają mu spać i jeszcze karmią go ludźmi. Adoptowałabym go i wychowała po swojemu. – Pomyślała troskliwie. Gry, słodycze i tańce z nią nie brzmiały źle, prawda?
 – Ne, czemu ta dziewczyna tu jest? – Zapytał chłopczyk, patrząc po braciach w oczekiwaniu na odpowiedź.
 – Nie dodaliście jej do kolacji? – Zapytał ze zdziwieniem Laito, na co Cantarella od razu zareagowała nadętymi policzkami i założeniem rąk pod biustem. Rudowłosy nie mógł powstrzymać chichotu.
 – Nie gniewaj się, Bitch-chan ~
 – Ba-ka. Powaliło was wszystkich. Zobaczyłem ją pierwszy, więc jest moja. – Zaśmiał się dumnie Ayato.
                Westchnęła ciężko. A ten znowu swoje. Miał chyba jakieś porażenie mózgowe. Czuła się, jakby gadała do słupa. Przyszedł jej do głowy pewien pomysł
 – A ty jesteś mój, Ayatosiu, aaaach ~ – Objęła się ramionami, jakby myślała o najdroższym kochanku, co spowodowało, że czerwonowłosego ogarnął na chwilę szok, z którego potem co prawda się otrząsnął, ale i tak w pełni nie odzyskał swojego stylu, bo tylko wymamrotał „Ta-taak, oczywiście!”. Przynajmniej dała radę zabawić się kosztem tego natręta.
                Laito po chwili wybuchnął śmiechem. Zresztą ona również. Prawdopodobnie miał podobne poczucie humoru co ona. Niestety czy stety. Kątem oka przyuważyła naburmuszonego jeszcze bardziej niż wcześniej Ayato, ale cóż. Cel uświęca środki.
 – Nie wliczając tego, co powiedziała, śmiało można stwierdzić, że jednak przegapiłeś swą szansę. – Odparł Reiji kpiąco.
                O nie… Nie mówcie mi, że on też…
                Siedziała na sofie jak na igłach, obawiając się, co będzie dalej. Tak czy inaczej całe to zajście trzeba było wyjaśnić i nie zamierzała stąd wychodzić bez żadnego wytłumaczenia. Na dodatek i tak na razie nie miała się gdzie podziać.
 – Odchrzań się, Reiji! Pieprzysz bez sensu! – Patrzyła bacznie, jak ciało chłopaka napręża się niczym struna. Ciekawe jakby wyglądał bez bluzki…
 – Haah… Lamus. – W salonie zadudnił czyjś drwiący głos. Blondynka nie mogła dostrzec jego właściciela. A szkoda, bo może mogliby we dwójkę dogryzać tej zielonookiej mendzie. Na pewno był lepszym kompanem niż ten dziwak Laito. Może przynajmniej nie siedziałby tak blisko niej…
 – Haa? – Czerwonowłosy przybrał postawę bojową. – Oi! Subaru, ty tchórzu! Pokaż się!
                Wkrótce usłyszała prychnięcie i zauważyła pojawienie się nieznajomego chłopaka tuż obok schodów. Wow. Tutaj to chyba wszyscy mają prędkość światła.
Hm… Czy on nie ma przypadkiem… białych włosów?
Nie sądziłam, że albinosy zdarzają się w Japonii. Aw, ale wygląda uroczo – jak śnieżynka!
 – Zdawało mi się, że poczułem zapach człowieka. Nie pomyliłem się, jak widać… – Warknął Subaru. Już, już miała otworzyć buzię, by odpowiedzieć: „Tak naprawdę to jestem zamaskowaną wróżką!”, kiedy jej przeszkodził. – Obudziłaś mnie. Co tu się właściwie dzieje?
                Dobre pytanie, szkoda że nikt nie zna odpowiedzi. – Zrobiła kwaśną minę, unosząc oczy ku górze.
 – Oi… Może mi odpowiesz, co?! – Echo tłuczonego tynku rozniosło się po całym pomieszczeniu. Odruchowo Cantarella aż podskoczyła z wrażenia.
                Co mu jest… Wystarczyła chwila, by… – Przygryzła dolną wargę. Teraz naprawdę zaczynała się niepokoić.
 – Whoa…! Młody i gniewny jak zawsze, co, młodszy braciszku? Haha ~ – Posłał mu zawadiacki uśmieszek Laito.
 – Zamknij się, zboczeńcu! Nie uważam się nawet za twojego brata! – Odparł, odgarniając opadającą mu na prawe oko grzywkę.
                Mm, emo grzywka – najnowszy krzyk mody wśród gimbusów!
                Kanato przytulił mocniej maskotkę, posępniejąc. Dziewczynie aż ciarki przeszły po plecach.
                Straszny ten gówniak… Może  faktycznie lepiej się będzie stąd wynieść? Potrzebna jest mi tylko dobra okazja...
 – … drażnisz moje uszy. Jeśli się nie uciszysz to cię poćwiartuję!
                To przesada! Mogą się nie lubić, ale… Żeby sobie grozić? I to jeszcze w taki sposób!
 – Nie dałbyś rady zrobić nawet takiej prostej rzeczy. – Zaśmiał się pewny siebie śnieżnowłosy.
                Niższy teraz cały dygotał. Nastolatka spodziewała się wybuchu złości i bitki, jednak on jedynie wyszeptał do pluszaka:
 – … Teddy, spójrz. Skończy jako nasza następna ofiara.
                No to zajebiście, gada do rzeczy martwych, ugh… Może mi tu jeszcze ześlecie kogoś, kto widzi martwych ludzi?! – Nie mogła powstrzymać drżenia rąk, więc po prostu schowała je między kolanami. Nie mogła do końca stracić panowania nad sobą, bo inaczej plan ucieczki spaliłby na panewce…
                Reiji westchnął, kręcąc z dezaprobatą głową.
 – Skończyliście? Nawet osoba z tak wysoką samokontrolą jak ja traci powoli cierpliwość. – Rzekł z wyraźnym niesmakiem.
                Podpisuję się pod tym. Miejmy to wszystko już za sobą, no!
 – Wiecie co? Mam ochotę powiedzieć wam wszystkich „Spłońcie”, ale… – Kontynuował Reiji. – Nie będę tolerował, w jaki sposób moi nieznośni bracia traktują tę dziewczynę.
                Cantarellę przez moment kusiło, by rzucić się mu w ramiona z okrzykiem „Mój bohater!”, ale w porę uświadomiła sobie, że nadal jest dla niej pojebany. Poza tym dopiero się poznali, może jedynie udaje miłego, a w głębi kryje się damski bokser? Nigdy nic nie wiadomo.
 – Po pierwsze chciałbym się dowiedzieć, jak się tu znalazłaś.
                Och, człowieku… Może nie przy dzieciach?
 – Em… Tak się składa, że… – Miała wrażenie, że wzrok okularnika ją przewierca. Czuła się przed nim taka… naga. Zmiękły jej nogi i gdyby nie siedzenie na sofie bez wątpienia by zemdlała. Do tego zaczęła się jąkać.
                Spojrzała w dół… Dłonie jakby stały się bardziej interesujące od reszty otoczenia. Czyżby… strach ją obleciał?
 – Co jest, Chichinashi? Boisz się? – Parsknął Ayato. Czy on napawał się jej lękiem? Uch, co za sadysta!
 – Nfu ~ Tak jak myślałem. Uroczo. Aż mam ochotę cię schrupać tu i teraz! – Uśmiechnął się rudowłosy. Naprawdę wyglądał, jakby chciał ją zjeść, ale dziewczyna tylko zmarszczyła brwi. Jeżeli okaże słabość, rzucą się na nią!
 – Heh ~ Słyszę, jak zgrzytają ci zęby. Jesteśmy przerażający? – Zaszczebiotał Kanato.
                Cholera… Przestań się trząść jak osika… Przestań…!
 – W-w takiej atmosferze każdy by się zdenerwował! – Wychrypiała, siląc się na odwagę. – Zresztą… Niewiele o was wiem.
                Uspokoiła się odrobinę. Dobra. To chyba była zacna wymówka.
 – Jak to nie wiesz? Podstawowych rzeczy o nas nie wiesz? Przecież to proste! – Obruszył się Ayato. Przybrał minę nadąsanego brzdąca, co spowodowało, że Cantarella zaśmiała się w myślach. Oj, on chyba nic nie rozumiał…
 – Taak, ale nie tak łatwe do ogarnięcia jak nasz Ayato-kun ~ – Droczył się z bratem Laito.
 – Zachowujcie się! Ta rozmowa nie ma najmniejszego sensu.
                No co ty nie powiesz, Reiji…
 – Natychmiast przestańcie albo do reszty puszczą mi nerwy. Ty! – Spojrzał na dziewczynę wyraźnie zniecierpliwiony. – Strach na pewno nie zawładnął tobą na tyle, żebyś nie mogła nic powiedzieć. Wytłumacz nam to zajście!
                Powietrze przeszył dźwięk uderzonego o rękę bata. Dziewczyna z trudnością przełknęła ślinę.
 – Chyba że chcesz zostać potraktowana batem. – Na jego twarzy pojawił się sadystyczny uśmiech.
                Zmieniłam zdanie: Jesteś dwa razy gorszy od pozostałych! A tak w ogóle… skąd nagle wytrzasnąłeś ten bat?! Nosisz go w kieszeni?!
                Zdecydowała jednak, że woli nie poczuć tego czegoś na własnej skórze i pospiesznie postarała się dobrać słowa tak, ażeby udzielić wyczerpującej odpowiedzi.

***

 – … i tak wylądowałam w waszym domu. – Podsumowała niemrawo Cantarella.
                Ayato wybuchł gromkim śmiechem.
 – Czyli jesteś dziewczyną z kościoła? – Chwycił się za brzuch, jakby bał się, że zaraz pęknie pod wpływem chichrania się. Wydęła wargi w dzióbek w akcie focha, po czym odrzuciła głowę w bok.
 – Taa, boki zrywać. – Odparła z udawanym rozbawieniem. – Co w tym takiego zabawnego?
                Rodziny się przecież nie wybiera. Czyżby… mieli coś do chrześcijan? Hm, jakby nie patrzeć, mogą być satanistami, zwłaszcza z tymi ich preferencjami żywieniowymi. Pewnie w piątki składają czarne koty Lucyferowi.
                Całe to zmuszanie jej do opowiadania i intensywnego rozmyślania odwróciło jej uwagę od panicznego strachu przed grożącym jej niebezpieczeństwem ze strony lokatorów. Nawet się nie obejrzała, kiedy się uspokoiła.
 – Nic dziwnego… – Mruknął Subaru.
 – Dziewczyna z kościoła w tej rezydencji? Przykry los. – Dodał z politowaniem Reiji. – Chyba nie znasz zbyt dobrze tego krewnego.
                Wszystko to brzmiało dosyć tajemniczo i podejrzanie. Cantarella zachodziła w głowę, o co mogło im chodzić. Jednak instynkt przetrwania nie dawał za wygraną i doszła do wniosku, że lepiej stąd spadać, póki jeszcze ma na to czas niż przeprowadzić jakieś dochodzenie, pod koniec którego wyląduje się w trumnie.
 – Aha! Czyli zaszło jakieś nieporozumienie? – Uśmiechnęła się głupawo, po czym stanęła na równe nogi.
 – Co za szkoda… Tak czy siak nikt z kościoła na pewno nie odwołałby się do tego miejsca. – Wydał z siebie westchnięcie zrezygnowany Laito, wyginając plecy, by rozprostować kości. – Przynajmniej wiemy, że to pomyłka.
 – Laito… Czy ty właśnie sam siebie obraziłeś? – Popatrzył na niego z niedowierzaniem Kanato.
                Laito zaśmiał się lekko, a potem oparł swobodnie dłoń na oparciu sofy. Co za optymizm…
 – Mooże ~ – Odparł luźno, jakby w ogóle się nie przejmował tym, co się do niego mówi.
                Dziewczyna z autentyczną radością klasnęła w dłonie.
 – No to… przepraszam za najście! – Przechyliła głowę w bok, obdarowując zebranych promienistym uśmiechem. – Chyba czas na mnie!
                Nie żebym chciała tu zostać choćby minutę dłużej…
 – Czekaj chwilę! – Przed nią pojawił się nie kto inny jak Ayato.
                Ale… Jakim cudem? Przecież stał za sofą!
                Co tu się dzieje, do jasnej cholery?! Zaraz… – Policzyła do pięciu w myślach. – Nie panikuj, to nic nie da.
 – Nie wydaje mi się, że opuszczenie teraz tego domu jest dla ciebie najlepszym rozwiązaniem. O tej godzinie na ulicach jest niebezpiecznie. Zostań. – Mówił dalej czerwonowłosy i, choć prawił całkiem słusznie, to w jego wypowiedzi wyczuwała delikatną woń podstępu. Widać po nim było, że bardzo zależało mu, by stąd nie wychodziła.
                Trudno. Niech sobie znajdzie inną przekąskę.
                Odsunęła się nieco od chłopaka, aby móc wreszcie wziąć walizkę i się stąd ulotnić. Bez bagażu wątpliwe czy przetrwałaby chociaż jeden dzień. Chipsy, cola, leki… Przecież to podstawa życia co drugiego człowieka na Ziemi!
                Laito aż się zachłysnął wskutek tego, co powiedział jego brat.
                O nie, kolejny… – Jęknęła w myślach.
 – A, prawda, prawda! – Poparł brata z wyraźną ekscytacją w głosie. – Ciągłe egzystowanie w męskim gronie bywa nudne! Może jeżeli Bitch-chan z nami zostanie to i atmosfera się polepszy?
                Uniosła brew. Oni naprawdę myślą, że zatrzymają ją po tym, co się tu odjaniepawliło?!
                Chociaż… Czy to nie doskonały moment, by wiać? Nie spodziewają się tego!
 – Kusząca propozycja, ale nie skorzystam. – Po czym nogi same migiem poderwały się do góry, kierując ją od razu do wyjścia. Na co jej bagaże, jeśli nie wyjdzie stąd żywa?!
                Za sobą słyszała jeszcze jakieś krzyki zapewne należące do Ayato, ale nie zważała na to. W jej głowie brzmiało jedno słowo – „przetrwać”. Czuła, jak mrowi ją skóra. Biegła, stukając o podłogę obcasami. Być może dawno temu by przystanęła, gdyby nie płynąca w jej żyłach adrenalina.
                Gdy dobiegła do przedsionka, przystanęła na chwilę, by odsapnąć. Pochyliła się nieznacznie i oparła dłonie na kolanach. Płuca piekły ją niemiłosiernie.
 – Co tu jest… ha… grane…? – Kręciło jej się w głowie i ledwo stała. Nawet nie zorientowała się, że mówi swoje myśli na głos.
                Skoro nawiedzone domy to tylko wymysł moher to jak wyjaśnić pojawianie się znikąd tych chłopaków?! Chyba że… demony z tych kościelnych kazań są prawdziwe?
                Potrząsnęła głową gwałtownie. Przecież ich istnienie przeczyłoby wszelkiej logice!
 – Obudź się! – Wrzeszcząc bez opamiętania, szczypała się dosłownie wszędzie, gdzie zobaczyła odkrytą skórę. – To niemożliwe…
                Przygryzła wargę, opierając się o kolumnę. Opuszczała się w dół, aż pośladkami nie dotknęła ziemi. Rozpacz i szaleństwo przysłoniły jej umysł. Nie wiedziała już czy śni, czy taka jest rzeczywistość. Schowała twarz w kolanach i objęła rękoma zgięte nogi.
                Chcę, żeby się to wreszcie skończyło…
                Jej ciało drgało intensywnie. Sama zaś nie potrafiła zmusić się do wypowiedzenia żadnego słowa.
                Jak przez mgłę dobiegł ją odgłos kroków i głos jakiegoś chłopaka. Nie potrafiła jednak zrozumieć, co do niej mówi. Straciła kontakt ze światem zewnętrznym.
                Us… pokój… się…! Możesz to… zrobić!
                Wzięła kilka głębokich oddechów i postarała się wyłapywać choćby urywki wypowiadanych przez niego słów.
 – … czemu… głośno?
                Skup się.
 – … co do ciebie mówię?
                Podniosła ostrożnie głowę, by na niego spojrzeć. Nie ustępował w urodzie reszcie chłopakom, których poznała w tym domu. Miał bujne włosy skąpane w miedzianym i miodowym blondzie. Na twarzy zauważyła szafirowe tęczówki i wąskie usta. Na szyi widniało coś w rodzaju tattoo chokera, do którego przymocowane były słuchawki do uszu.
 – U-um… – Powolutku podniosła się z ziemi i spojrzała niepewnie w górę na nieznajomego. – Znasz tych… chłopaków?
                Podrapała się po lewej ręce z zakłopotaniem. Blondyn westchnął ciężko.
 – Znać znam, chociaż wolałbym nie. – Wymamrotał niechętnie. – Łączą nas jedynie więzy krwi.
                O, o! Może pomoże mi się stąd wydostać? Mógłby niepostrzeżenie przynieść dla mnie bagaż i zadzwonić po pomoc… – Uzmysłowiła sobie w porę jednak jedną rzecz, która mogła zaważyć na powodzeniu jej ucieczki.
 – Chwilunia! Czy to znaczy, że jesteś ich bratem?! – Zapytała z niekrytym przejęciem.
                Ha. Ha. Ha. Pewnie jest ich tu jeszcze dwunastu.
 – Trafiłaś w samo sedno. – Odpowiedział z niesmakiem. Widziała, że wolałby już sobie pójść, ale chyba musiał mieć do niej jakiś ważny interes, skoro dalej tutaj był. – Jesteś tą dziewczyną, o której wspominała ta osoba?
                Spojrzała na niego jak na kosmitę. Nie wiedziała nawet, o kogo mu chodzi, więc co miała odpowiedzieć?
 Ta osoba? –  Uniosła brwi, oczekując jakiegokolwiek sprecyzowania. Miał na myśli jej ojca czy kogo?
                W tym momencie do holu wpadł jak rakieta Ayato, prawie zabijając się na śliskiej nawierzchni. Oparł się na szczęście o barierkę, ratując się tym samym przed upadkiem.
                Oczy Cantarelli rozszerzyły się z przerażenia.
                O nie, znaleźli mnie! Ale… Ten tutaj zdaje się wiedzieć, o czym mówi. I dlatego… Zostanę, by poznać prawdę. Może mnie przynajmniej jakoś ochroni, przypomina mi z postury niedźwiedzia.
 – Wszystko słyszałem! Shuu, wiesz coś o tym?! – Zawołał rozgniewany chłopak.
                Niebieskooki mlasnął niezadowolony z obecności brata. Wkrótce pojawił się też Kanato, Laito, Reiji, a na samym końcu również Subaru.
                Ii mamy pełen serwis!
 – Można tak to ująć.
                Najniższy podniósł na niego swój ponury wzrok, próbując wymusić na nim potok szczegółowych zeznań.
 – Ugh, mów jaśniej. Chcę porządnych wyjaśnień!
                Shuu westchnął ociężale, jakby miał wydać z siebie ostatnie tchnienie tu i teraz.
 Ta osoba… skontaktowała się ze mną wczoraj. – Nastąpiła chwila pauzy. – „Będziecie mieć współlokatorkę. Dogadujcie się z nią, jak najlepiej możecie.” Powiedział coś takiego.
                Ayato aż wybałuszył oczy ze zdziwienia.
 – Haa? Czyli dom, o którym mówiła Chichinashi to…
 – Ha ~ A to wybawienie! – Zamruczał z rozkoszą Laito.
                Szkoda tylko że ja nic z tego nie rozumiem…
 – Wygląda na to, że nie było żadnej pomyłki. – Podsumował Reiji.
                Na jego słowa aż kopara jej opadła.
 – Co?! J-jak to?! To niemożliwe!
 – Ba~ka. Po co mielibyśmy cię okłamywać? – Zaśmiał się Ayato w pełni usatysfakcjonowany odpowiedzią brata.
                Może po to, by odebrać mi duszę?!
 – Ale to bardzo dziwne… Mój ojciec jest chrześcijaninem, a chrześcijanie rzadko kontaktują się z mieszkańcami takich domów… – Wydukała, próbując ubrać swoje myśli w nie nazbyt twarde słowa. Niestety, Shuu chyba ją przejrzał.
 – Czyli to nie w porządku, by zwracać się do nas? – Drażnił się z lekkim uśmiechem.
 – Czy to dziwne? – Dołączył się Kanato, przewiercając ją wzrokiem.
                To oni zaczęli gadać, jaki to Kościół jest im wrogi!
 – P-przecież wy…
 – Bo co? – Wywrócił oczami Ayato.
 – Em, chodzi o to…
 – … że jesteśmy wampirami? – Podsunął niespodziewanie szafirowooki.
                Zamrugała kilkakrotnie oczami. To jej do głowy nie przyszło.
 – Wa-wampirami? – Wydusiła.
 – Ej, Shuu, za szybko się wygadałeś! – Zajęczał znudzony czerwonowłosy.
 – C-co…? – Nie mogąc się ogarnąć, powiedziała przypadkowe słowo.
 – Wszystko zostało powiedziane. Jesteśmy rodziną wampirów. Tyle. – Wzruszył ramionami Kanato.
 – N-nie, to… – Pokręciła głową z niedowierzaniem.
Reiji uniósł brew, patrząc na nią wyniośle.
 – Oskarżasz nas o kłamstwo? To nieuprzejme. Ayato już ci wytłumaczył, że nie mamy w tym żadnego celu.
                Akurat! Chociaż… Shuu wydaje się być najuczciwszym z was wszystkich, więc raczej mówił o tym wszystkim szczerze. Nawet nie chce mnie tutaj siłą zatrzymać.
                Odwróciła wzrok gdzieś w bok, rozmyślając nad swoim obecnym położeniem.
 – No już, już ~ – Rudowłosy wykonał gest dłońmi, jakby chciał ją uspokoić. Nie za bardzo to jednak pomogło. – Bitch-chan nie może zaakceptować istnienia naszej rasy, czyż nie?
                Przynajmniej jeden mnie rozumie…
 – Nie obchodzi mnie jej zdanie. – Warknął Subaru.
 – Mnie twoje też nie obchodzi. – Pokazała mu język bezczelnie. Kutas.
 – Tch. – Agresor zmrużył swoje szkarłatne oczy, ale się nie odezwał.
                Zanim cokolwiek zrobię, powinnam skonsultować to z ojcem… Telefon, telefon… Gdzie on jest?
                Zaczęła grzebać po kieszeniach w poszukiwaniu komórki, lecz bezskutecznie – jakby zapadła się pod ziemię.
 – … szukasz tego? – Zielonooki z szerokim uśmiechem pomachał jej tuż przed nosem zaginionym przedmiotem.
 – Ayato…! – Nadęła policzki jak dziecko. – Oddawaj to! To moje!
                Rzuciła się, by odzyskać swoją własność, jednak on najpierw zatrzymał ją swoją ręką na jej czole, a potem, korzystając z tego, że był od niej nieco wyższy, uniósł rzecz tak, by była poza zasięgiem blondynki.
 – A czemu miałbym to zrobić? – Zaśmiał się wrednie.
 – Przestań! Nie masz prawa…! – Zaczęła podskakiwać, byle dosięgnąć telefonu, ale Ayato tak nim machał, że ciężko go było dotknąć choćby na ułamek sekundy. On natomiast bawił się w najlepsze.
 – Pfft, powinnaś okazać wdzięczność znalazcy. Podniosłem go z uprzejmości! – Odrzekł obrażony wampir.
 – Oi, Ayato! Daj mi to. – Subaru nieoczekiwanie się do nich zbliżył. Drugi chłopak nawet nie zdążył zareagować, kiedy białowłosy wyrwał mu z ręki obiekt zainteresowania jak dotąd tylko pary nastolatków.
 – Hę? – Równocześnie spojrzeli na białowłosego, nie domyślając się, czego zamierza dokonać.
 – C-co chcesz zrobić? – Pisnęła zaniepokojona blondynka.
 – Tylko… to! – Zgniótł telefon na drobne części.
Zszokowana patrzyła, jak fragmenty jej komórki spadają na ziemię. Ostatnia deska ratunku… przepadła.
 – Już od początku mnie denerwowałaś. – Syknął Subaru.
 – Jesteś okropny! – Szepnęła. Klęknęła na ziemi, wpatrując się z żalem w pozostałości po urządzeniu. Miała tam zdjęcia, piosenki… a przede wszystkim mogła skontaktować się dzięki niemu z jedyną rodziną, która jej pozostała!
 – No już, Bitch-chan ~ – Otoczył ją ramieniem rudowłosy, oferując „wsparcie”. – Powinnaś dobrze się z nami dogadywać. Nie potrzebujesz czegoś takiego… prawda?
                Zerwała się cała czerwona ze złości.
 – Za… Za kogo wy się uważacie, co?! – Ofuknęła ich zachrypiała od natłoku emocji.
 – Czy to oznacza, że chcesz już wyjść? – Zapytał Kanato przygnębionym głosem.
 – Oczywiście! Nie muszę tu zostawać! – Zawołała pewna siebie. Może i zniszczono jej telefon, ale dalej miała nogi!
 – Ach, rozumiem… A więc tak to będzie. – Powiedział z uśmiechem, który wywoływał dreszcze.
 – „Tak”? – Uniosła brew zdezorientowana.
 – Zdążyłem już naprawdę zgłodnieć… – Sprostował cicho.
 – I…? – Uniosła ręce. Miała ich wszystkich gdzieś. Mógłby walec ich przejechać, a ona nie kiwnęłaby palcem.
 – Jesteś strasznie głupia, wiesz? Gdy wampiry mówią o głodzie, chodzi im tylko o jedno… – Podniósł ton Kanato, szybko przemieszczając się ku niej. Popchnął ją z niewyobrażalną siłą do tyłu, a ona, nie mogąc w krótkim czasie złapać równowagi, uderzyła o zimną posadzkę plecami z przeciągłym „Kyaa…!”.
 – Czekaj chwilę, Kanato! Starszych powinno się puszczać przodem! – Rozpoznała głos dobiegający zza pleców napastnika jako ten, który był własnością „jej ulubionego” Pedalskowłosego.
                Tak, rzućcie się na mnie wszyscy… Szkoda, że przez to cielsko Kanato nie mogę się ruszyć. Już bym zwiała.
 – Co za bzdury. Nie ma takiej zasady. – Zaśmiał się niższy. – Już za późno, żeby lamentować. Twoja krew pewnie jest przepyszna i słodka…
                Przylgnął do niej całkowicie, łapiąc jej ręce w swoje i pozbawiając ją w ten sposób możliwości jakiegokolwiek ruchu kończynami. Czuła, jak coś ostrego dotyka jej szyi.
 – Nic nie zostawię, wypiję wszystko, dobrze? – Wyszeptał jej prosto do ucha.
                Co mam robić?! Hm… Wiem!
 – Momencik ~ – Zagaiła najbardziej uroczo, jak tylko potrafiła, by zrobić inwersję.
 – Nani? – Popatrzał na nią wielkimi oczami.
 – Żryj… – Uderzyła go głową prosto w twarz. – … to!
Jej ofiara odsunęła się z płaczem.
                Może i skrępował mi ręce, ale wciąż mam głowę i pełno pomysłów w zanadrzu!
                Zdjęła z szyi srebrny wisiorek z krzyżem, po czym rzuciła go w jego stronę. Niech mu to mózg wypali. Głupia pijawka.
                Biżuteria jednak tylko odbiła się od ramienia Kanato i zakończyła swoją wędrówkę na pobliskim dywanie. No nie...
                Rozbrzmiał działający na nerwy chichot Laito.
 – Bitch-chan, przyznaję, że uderzenie wampira głową było imponujące. – Nie mogła zaprzeczyć, gdy czaszka tak boleśnie to potwierdzała. Będzie miała kawał szczęścia, jeśli nie obudzi się jutro z siniakami. – Ale różańcem naprawdę mnie zaskoczyłaś ~
 – Zdaję się, że chciałaś wypróbować na nas metody z książek i filmów… Jakież to żałosne, że ludzie nadal w to wierzą. – Westchnął Reiji.
                Blondynka wydała z siebie odgłos najgorszego wnerwienia, jakie w ogóle mogło kiedykolwiek istnieć.
                – Po pierwsze: to nie różaniec, tylko wisiorek. – I srebro na was nie działa, właśnie je przetestowałam… – Po drugie: prędzej uwierzę w skuteczność Domestosa niż jakiejś z dupy wziętej wody święconej!
                Wbrew pozorom nie wszystkim legendom o wampirach ufała. A skoro są odporne na srebro… Może warto wystawić je na światło słoneczne? Musi być sposób, by je jakoś zlikwidować!
 – Więc czemu rzuciłaś w Kanato srebrnym krzyżykiem? – Parsknął pogardliwie Ayato. – Wierzysz w beznadziejne bajeczki, nie wymiguj się.
                Zacisnęła dłonie w pięści, spinając mięśnie ramion. Co za…
 – Powiedział gość, który sam wygląda jak z „bajeczki”! – Odparowała ostro.
 – Ale ona irytująca… Czuję, że z mojej uczty nici. – Usłyszała, jak jej niedoszły oprawca szepcze ze wściekłością do misia. – Co to ma znaczyć?!
                Zadarła nos dzielnie.
 – Nie pozwolę nikomu robić ze mnie ofiary. – Wysunęła podbródek, unosząc kąciki ust. – A już na pewno nie komuś, kto wygląda jak niedojebane dziecko emo!
 – Haa… Sprawiasz strasznie dużo problemów. To dlatego tacy jak ty są dla nas pożywieniem. – Odezwał się, drapiąc się po głowie, Shuu.
 – Jesteś skończoną idiotką. – Dorzucił z lekkim niedowierzaniem czerwonowłosy.
 – Ha! I tak nie uwierzę w istnienie wampirów, to przeczy jakimkolwiek zasadom! Wasze serca nie biją, więc nie powinniście żyć, pijecie podobno samą krew, a wyglądacie wyśmienicie… – Miała wymieniać dalej, ale przeszkodził jej Laito zbliżający się do niej jak drapieżnik. Cofnęła się, aż jej plecy dotknęły filaru. Była w potrzasku.
 – Jaka szkoda… – Powiedział z udawanym rozczarowaniem. – Jest tylko jeden sposób, aby cię przekonać ~
                Zanucił jej „itadakimasu” do ucha i już miał zabrać się za opróżnianie jej zasobów posoki, lecz wtem Cantarella się opamiętała i postanowiła odrobinę poimprowizować. Może i ją otoczyli, może i nigdy stąd nie ucieknie… ale nie da się tak łatwo wysuszyć!
 – Nie zgadzam się na to! Moja krew nie jest na tyle tania, by spijał ją pierwszy lepszy wampir! Mam prawo do wyboru najlepszego kandydata do tej roli.
                Fortuna jej sprzyjała i żaden z obecnych nie połapał się w jej małym przedstawieniu. Na wszystkich wywarło to ogromne zdziwienie.
 – Jakie to nieuprzejme… – Pokręcił głową z dezaprobatą Reiji. – Nawet nie znasz jakości swojej krwi, a już zachowujesz się jak wysokiej klasy kurtyzana.
 – Ale pieprzycie! Wychodzę. Róbcie, co chcecie. – Odparł białowłosy, kierując się w stronę salonu.
 – Twoja strata! – Wzruszył ramionami Ayato.
                Taa, uważajcie, bo myślałam o którymkolwiek z was… Obydwoje jesteś równie problematyczni.
 – Długo nie miałem do czynienia z tak niezdyscyplinowaną kobietą… – Cantarella wzniosła dłonie ku górze na wypowiedź okularnika. Trudno, jakoś sobie bez niego poradzi. – Więc zostanę.
                Cantarelli opadła gęba ze zdziwienia. „Hiszpańskiej Inkwizycji” to się ona nie spodziewała… Obstawiała, że odejdzie jak Subaru.
 – Jeżeli mnie nie wybierzesz… Ne, Teddy? – Kanato utkwił wzrok w misiu, jakby widział w nim osobę. – Rozedrzemy ją na strzępy?
                Bo się przestraszę…
 – Robi się ciekawie… Oczywiście to mnie wybierzesz, co nie? – Wyszczerzył się Ayato. – Jestem najlepszy!
                Chyba tylko dla siebie. Według mnie nie różnisz się niczym od typowego zwierzęcia. Jesteś dziki i z łatwością możesz wyrządzić mi krzywdę.
 – Cokolwiek. Po prostu skończ tę farsę. – Powiedział Shuu bez większego zainteresowania.
                Też bym chciała to już to wszystko zakończyć, ale muszę się dobrze zastanowić…
 – Bitch-chan? ~ Pożałujesz, jeśli mnie nie wybierzesz…



Którego z nich mam wybrać?

_______________________________________________________________________________

 
Hej Wam!
Trochę minęło od wstawienia ostatniego tekstu, ale zmobilizowałam się i wstawiam Dark'a numer jeden tuż przed wyjazdem X"D Muszę jeszcze skończyć rysować bohaterkę (nie mam jej na razie całej) i wstawię cały spis aktualnych bohaterów!


Mykam się pakować, a Wam życzę udanej reszty wakacji :3 Mam nadzieję, że rozdział się Wam spodobał ~

Red Queen