Którego z nich mam wybrać?
Jej serce biło tak energicznie, że niemal słyszała jego
charakterystyczne dudnienie w uszach. Odniosła wrażenie, że cała woda w jej
ciele odpłynęła do głowy, powodując na jej czole liczne kropelki potu. Oblizała
nerwowo wargi.
Zobaczmy… Subaru odmówił, więc zostało mi
tylko pięciu.
Spojrzała w
kierunku Kanato z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Jest zbyt nieprzewidywalny.
Niewątpliwie zrobiłby z niej kisiel, więc już na wstępie trzeba go wykluczyć.
Przeniosła
wzrok na Laito. Noo, to byłby ciężki orzech do zgryzienia. Z jednej strony
niezły z niego śmieszek, a z drugiej chyba nigdy nie potraktuje jej poważnie… A
szkoda, bo miał zadatki na jej przyjaciela.
Gdy jej oczy
natrafiły na jadowicie zielone tęczówki Ayato, przyłożyła palec do ust w
zamyśleniu. Wydawał się w porządku… Właśnie, „wydawał się”. Ostatecznie
pokazał, jaki jest naprawdę. Nie było w nim ani krztyny szacunku dla innych.
Widział wyłącznie siebie i należała mu się za to surowa kara.
Dalej…
Reiji. Z początku go lubiła. Bronił jej praw, wykazywał się cudowną
rzeczowością i spokojem godnym benedyktyna. Ale… coś jej podpowiadało, że
grożenie batem nie należało do żartów w tym w domu.
Wobec tego
pozostał Shuu. Straszny z niego leń i ponurak, aczkolwiek może przynajmniej w
przeciwieństwie do reszty będzie traktować ją ulgowo? Nie miała innego wyjścia.
Musiała zaryzykować.
– Pospiesz się, bo jak
nie… – Warknął zniecierpliwiony czerwonowłosy. Cantarella przerwała mu wpół,
domyślając się, co zamierza powiedzieć. Nie chciała, żeby pod wpływem zbyt
długiego rozmyślania Sakamaki rzucili się na nią jak stado wygłodniałych
wilków. Potrzebowała wyznaczyć kogoś na swojego strażnika.
– Okej, to… –
Odetchnęła głęboko, a potem przyjęła postawę niczym Ash z Pokemonów podczas
decydującej bitwy. Nogi lekko rozwarte, klata do przodu… Gdyby miała jabłko, z
pewnością użyłaby go jako Pokeballa. – Shuu, wybieram cię!
– Huh? Mnie? To
irytujące… – Podrapał się w głowę wampir.
Może i mnie nie doceniasz, ale przynajmniej
dłużej pożyję. I będę mieć więcej czasu na znalezienie porządnej drogi
ucieczki. Mogłabym teraz wyskoczyć przez okno, ale raczej byłby tu mój marny
koniec – za dużo tu ciernistych krzewów i w ogóle… Nie da rady, trzeba wymyślić
coś innego.
– Tch, czemu on? – A czemu nie on? Nie zasłużyłeś na darmowy
punkt krwiodawstwa, przykro mi! – Nie masz gustu!
– Właśnie ~ Widzisz,
rzadko cokolwiek mu się chce, a poza tym jest okroopnie nudny. – Jęknął
zawiedziony Laito.
Wywróciła
oczami. Typowe. Mają do niej pretensje dlatego, że coś im się nie podoba.
Rozpuszczeni jak dziadowski bicz. Trwała jednak w nadziei, iż uszanują jej
decyzję i nie będą jej atakować.
– Haah… Zamknijcie
się. Cóż, jak każdy chętnie przyjmę jedzenie, które samo pcha się na talerz. –
Powiedział blondyn po namyśle. – Jednak… jeśli chcesz, żebym wypił twoją krew,
musisz najpierw podstawić mi swoją szyję.
Dziewczyna
wybałuszyła oczy. On serio myślał, że będzie mu posłuszna? Może i go wybrała,
jednak nie znaczyło to, że całkowicie zrezygnowała z dalszej walki.
Najpierw
musi trafić na okazję, skorzystać z niej i dostać się do jakiegoś kościoła, a
potem… Nie, nie może ufać nikomu. Jeżeli to, co powiedzieli jej domownicy, jest
prawdą, duchowni także nie wyciągną do niej pomocnej dłoni – to w końcu wbrew
ich planowi. Musi działać w pojedynkę. Na razie.
Z zamyślenia
wytrącił ją głos jej nowego „zwierzchnika”.
– A, właśnie. Prawie
zapomniałem. Możecie z nią robić, co chcecie. – Co?! Tak mnie bronisz?! Kij ci w oko! Poradzę sobie… jakoś. – Nie zabijajcie
jej tylko.
Dzięki, łaskawco. – Ukradkiem wywróciła
oczami.
– Nie możemy?
Dlaczego? – Zapytał z zawodem Kanato. Aż jej się trochę przykro zrobiło.
Naprawdę jej tak nienawidził? Przecież nie wyrządziła mu wielkiej krzywdy…
– Nie mam pojęcia. To Jego polecenie. – Odparł bez specjalnej
troski.
„On”?
Już kolejny raz słyszała o tej osobie i nikt nie raczył jej wyjaśnić, o
kogo chodzi. Trzymali to w tajemnicy, ale po co? Czy ten koleś faktycznie był
taki ważny? W tygodniu kradnie animce i wrzuca do Internetu, a w weekendy
jeździ z synami uskuteczniać dżihad?
– Wiesz co, mogłeś to
powiedzieć wcześniej. Mogłam przez ciebie zginąć. – Uniosła ręce zaaferowana.
– Za dużo zachodu.
Jej twarz
nadymała się i zaczerwieniła. Uch, co za brak empatii!
– Co ten gostek sobie
myśli? Czemu mamy być mili w stosunku do człowieka?
– Prychnął Ayato.
Przynajmniej teraz mogę bezczelnie wodzić cię za nos,
matołku! – Pomyślała
zadowolona.
– Ten facet zaczyna
naprawdę działać mi na nerwy. – Usłyszała głos tuż za sobą, co spowodowało, że
podskoczyła, zachwiała i upadła. Prosto na swój naszyjnik.
– Ałaa…!
Podniosła
się niczym poparzona i zabrała z podłogi zgubę. Teraz przynajmniej miała
nauczkę. Nie będzie zostawiać swoich rzeczy, gdzie popadnie.
Masowała
pośladek, jęcząc boleśnie i wysłuchując chichotów ze strony zielonookich. Reiji
wydał z siebie ciężkie westchnięcie. Nie do końca wiedziała czy to z jej
powodu, czy Subaru, czy może ich wszystkich.
– To dość niestosowny
komentarz. Jeżeli chcesz mu się sprzeciwić, to proszę bardzo. Zabij ją. –
Odpowiedział z lodowatym spojrzeniem.
Oj, nie kuś, Reiji. Mnie się do grobu nie
spieszy. Zwłaszcza że śmierć z rąk twojego brata nie zapowiada się zbyt
pięknie…
– Kuso! Pewnego dnia
zabiję i ją… i was wszystkich. – Warknął Subaru. Znowu rozwali ścianę czy nie? Dowiemy się już za chwilę!
– Hmm, tak czy owak
brzmi podejrzanie, co nie? Zastanawiam się czy czegoś przypadkiem nie planuje… –
Nadmienił rudowłosy bez cienia uśmiechu.
Wow… Jeśli nawet ty jesteś w tym momencie
poważny to chyba rzeczywiście mam się, czego obawiać.
– Myślisz, że to ma
coś wspólnego z tą dziewczyną? – Kanato zerknął na nią, nachyliwszy się w
kierunku Laito.
– Kto wie. Kompletnie
go nie rozumiem. Em… A o kim mówicie? – Zapytała nieśmiało.
– Stul dziób. To nie
twój biznes, Chichinashi.
Aha. Czyli dalej będę żyć w niewiedzy.
Miło.
– W każdym razie to
jego tekst. Więc nie zabijajcie jej. – Powtórzył Shuu wyraźnie poirytowany
dopytywaniem się i ciągnięciem dyskusji. – A ty masz być cicho i nie
przeszkadzać, jasne?
Spojrzał na nią, jakby narzucał jej cały kodeks rycerski. Coś
w Cantarelli się zagotowało, ale jeszcze nie na tyle, by wybuchła.
– Jak słońce. –
Odpowiedziała z wymuszonym uśmiechem.
– Skoro wszystko
zostało powiedziane, nie widzę sensu dalej tu stać. – Reiji subtelnie dał do
zrozumienia, że to on rządził na tym terenie i że nadszedł najwyższy czas się
rozejść. I do drugiej rzeczy istotnie miał rację.
Założyła
wisiorek na szyję. Co teraz? A tak, tymczasowo tutaj zostaje. Wypadałoby się
dowiedzieć czy mają tu jakąś wolną sofę lub inną miejscówkę do spania.
– A-ano… A gdzie będę
spać? – Zapytała, śmiejąc się dla dodania sobie otuchy.
– Oczywiście że w
swoim pokoju. Rozum ci odjęło? Gdzieżby indziej? – Zganił ją Reiji, mierząc ją
badawczym wzrokiem przez swoje okulary.
No nie wiem, myślałam o lochach, jakiejś
piwnicy albo sali tortur… ale normalną sypialnią nie pogardzę!
– Etto, a pokażesz mi,
gdzie to jest? – Tak, „pokażesz”. Komori nawet z mapą miała słabą orientację i
wolała nie ryzykować zabłądzenia. Jeszcze wyląduje w komnacie z ruszającymi się
ścianami…
– Shuu! – Ciemnowłosy
już wyraźnie zniecierpliwiony zwrócił się w kierunku brata. – To twoja ofiara. Zaprowadź ją do jej
pokoju.
Definitywnie próbował narzucić mu
swoją wolę i najprawdopodobniej nie pierwszy raz. Może tak będzie lepiej?
Inaczej szafirowooki może nie podnieść się z kanapy aż do końca świata.
– Nie obchodzi mnie
to, nie będę się fatygował. – Odmruknął jasnowłosy. Obrócił się na pięcie i
odszedł w swoją stronę.
Patrzyła,
jak okularnik mruży oczy, a jego twarz momentalnie się napina. To nie wróżyło
nic dobrego. Acz co miała zrobić? Dać mu się wychłostać dla rozluźnienia?
– Co za niewychowany
gbur.
Atmosfera
zrobiła się tak gęsta, że z łatwością dałoby radę pociąć ją, a nóż wchodziłby z
pewnością jak w masło. Brr. Tych dwóch nie łączyły raczej pozytywne relacje.
Mogła wyczuć, jak powietrze buzuje od ich wzajemnej niechęci. Trochę to dziwne…
mimo wszystko byli rodziną. Co się pomiędzy nimi wydarzyło?
– W każdym razie ktoś
musi wskazać ci drogę. Chodź za mną.
Chyba
odrobinę mu przeszło. Szybko. Nie wyglądał już, jakby wsadzili mu kij w cztery
litery.
Dopiero
teraz spostrzegła, że reszta wampirów zniknęła. Bracia musieli się
niepostrzeżenie teleportować, gdy ona zaaferowana obserwowała scysję dwójki z
nich.
– Idziesz? – Uniósł
brew. – Nie będę na ciebie czekać.
Stał o kilka
kroków dalej od niej. Przydałoby się jej mniej myślenia, więcej działania.
Przynajmniej na chwilę obecną, póki nie wyrobi sobie w tym wariatkowie
podzielnej uwagi.
– T-tak, dziękuję! –
Ruszyła do przodu z walizką, oglądając się na boki.
Igrzyska Śmierci czas zacząć… – Mruknęła
w duchu, mając mieszane uczucia. Zapowiadała się męęcząca noc.
Chociaż
zarzekała się przed sobą, że obudzi się od razu, gdy usłyszy jakiś szmer, z
bólem serca musiała przyznać, iż tej nocy spała jak suseł. Nawet nie zauważyła,
kiedy odpłynęła w objęcia Morfeusza. Pewnie nadmiar emocji tak na nią
zadziałał.
Księżyc
okazał się jednak bezlitosny. Postanowił ją obudzić za pomocą użyczonych mu promieni, które bez
trudu przedarły się przez cienkie zasłony w oknie.
Przetarła
oczy leniwie. Nie uśmiechało jej się jeszcze wstawać. Wiedziała za to, że po
przebudzeniu nie będzie potrafiła usnąć. Musiała zatem stanąć twarzą w twarz ze
słabo oświetlonym korytarzem w dwuczęściowej pidżamie, bieliźnie pod spodem i
futrzanych bamboszach. Kiepska pora na zwiedzanie, ale po dłuższej drzemce
trzeba rozprostować kości.
Zeszła po
schodach nadal lekko zaspana, zmierzając do salonu. Oby tylko żadnemu
krwiopijcy nie przyszła do głowy nocna przechadzka… Nie żeby była aż tak
roszczeniowa, po prostu wolała nie być denerwowana od razu po fatalnym wyrwaniu
ze snu. Umiała w takiej sytuacji całkowicie nieumyślnie ukąsić.
Po wymacaniu
włącznika światła i wciśnięciu go, w pomieszczeniu od razu zrobiło się
przytulniej.
– Za jasno – usłyszała
mruknięcie i spostrzegła Shuu wylegującego się w najlepsze na kanapie.
Wow, jak na wampira to naprawdę nie przepadasz
za ruchem, co? Ale to w sumie lepiej – przynajmniej nie muszę omijać cię
szerokim łukiem!
– O, siemka. Sorki, że
cię obudziłam. – Zagaiła przyjaźnie. Zdobycie jego sympatii raczej nie powinno
być trudne. Nie wydawał się takim pojebem jak pozostali.
W odpowiedzi
otrzymała ciche westchnięcie. To zdecydowanie nie będzie takie proste zadanie. Już,
już chciała odwrócić się na pięcie, by wrócić do swojego pokoju, ale coś
przykuło jej uwagę i rozpaliło w niej dziecięcą ciekawość.
– Ne, chodzisz do szkoły?
– Spojrzała na jego pomięty mundurek, w którym leżał niczym trup na ołtarzu. –
Myślałam, że jesteś starszy!
Obstawiałam wiek dwadzieścia pięć plus…
Cisza.
Jednak zakumplowanie się z nim będzie znacznie
cięższym wyzwaniem, niż przypuszczała.
Swoją drogą…
Był aż tak „zmęczony”, że nie chciało mu się przebierać? Te ciuchy nie należały
przecież do najwygodniejszych.
– Idziesz zaraz do
szkoły? – Zapytała żartobliwie.
Blondyn
uchylił powieki i spojrzał na nią kątem oka. Cantarella przełknęła z trudnością
ślinę. Nie powinna była go zaczepiać…
– Ty nie idziesz? –
Świdrował ją wzrokiem zupełnie jak przedszkolak wystawę sklepową pełną
słodyczy.
– Huh? – Pokręciła
głową skonsternowana. Jego pytanie kompletnie zbiło ją z tropu.
Do jej uszu
dobiegło niedalekie skrzypnięcie drzwi. Odwróciła się w kierunku źródła
dźwięku.
– Nadal tu jesteście? –
Z ciemności wyłoniła się postać wysokiego mężczyzny o oczach w kolorze
czerwonego wina. Teraz widziała wszystko co do szczegółu: czarne włosy pomieszane
z ciemnofioletowymi kosmykami, wydatne kości policzkowe, blada i nieskazitelna
cera oraz metalowe okulary nasunięte na kruczy nos.
Więc widocznie wszystkie wampiry są rzadko spotykanej urody? Na to
wychodzi. –
Zanotowała w myślach. Zginie, ale przynajmniej w otoczeniu bishów – co za
zaszczyt ją kopnął!
Była
wręcz pewna, że usłyszała ze strony Shuu jakieś ciche mamrotanie, ale nie
wnikała w to.
– Reiji… – Zamrugała
kilkakrotnie oczami, po czym delikatnie uniosła kąciki ust dalej nieco ospała. –
Też nie śpisz?
– A czemu miałbym
spać? – Jego lewa brew momentalnie powędrowała w górę. – Shuu, idź do
samochodu. Nie pozwolę, żeby ktoś tak żałosny jak ty nas opóźniał.
Auć. Co tak ostro?
Szczerze?
Troszeczkę smutno jej się zrobiło, że się tak nie lubią, ale, sądząc po ich
krótkich rozmowach, żaden z nich nie palił się do zmieniania tego. Bez łachy.
Jeszcze ją spróbują zajebać, jak zacznie ingerować.
– Już idę – westchnął
blondyn i podniósł się ociężale z kanapy. Minął ją i brata, nawet nie
obdarowując ich spojrzeniem, choć wzrok dziewczyny wiernie śledził go, aż nie
doszedł do korytarzu prowadzącym do drzwi frontowych.
– Ty też powinnaś się
pospieszyć. Nie będziemy na ciebie czekać. – Dodał Reiji karcącym tonem.
Zwróciła na
niego wpółprzytomnie swoje morskie oczęta. Co on gada? Jest przecież środek
nocy, należy spać, a nie interesować się lekcjami, które tak na marginesie i
tak są zazwyczaj nudne jak flaki z olejem.
– Coo…? – Odparła
głosem jak zombie.
– Po pierwsze: Nie
„co”, tylko „proszę” bądź „słucham”. – Prychnął pogardliwie Reiji. – Po drugie:
Lunatykujesz, że nie pojmujesz, co do ciebie mówię? Idziesz z nami do szkoły,
to chyba jasne.
– Bez jaj… – Jęknęła
przeciągle. – Jest przecież noc…
Tak myślała,
zważywszy na księżyc zawieszony na niebie. O ile ktoś nie przykleił plakatu na
oknie, może ten widok potraktować wiarygodnie, nie?
– Co z tego? Czy to
nie logiczne, że skoro prowadzimy nokturialny tryb życia, nie możemy uczęszczać
na dzienne zajęcia? – Dziewczyna wciąż wyglądała na skonsternowaną, toteż
kontynuował wywód jak cierpliwy profesor. – Jeżeli uczeń nie może brać w nich
udziału, alternatywą dla niego są zajęcia wieczorne?
– O, to dlatego…! –
Klepnęła się w czoło nastolatka. – Sorki, jestem niedzisiejsza. Wcześnie
wstałam. – Zaśmiała się niemrawo.
– Zauważyłem. –
Odpowiedział Reiji z niesmakiem. – Ryoutei Gakuen to prestiżowa szkoła, więc
doprowadź się łaskawie do porządku.
– Ale jakim cudem w ciągu
jednego dnia wylądowałam w innej szkole? – Wybałuszyła oczy, jakby co najmniej
ogłoszono jej nadchodzące trzęsienie ziemi. Miała egzystować w jednym domu z
nieśmiertelnymi żywiącymi się esencją niewinnych istotami i do tego jeszcze
chodzić do SZKOŁY? Gdyby chociaż była ona przeciętna, ale nie, musieli wybrać
jedną z najlepszych! Raczej nie zanosiło się na pełen luz i poczucie komfortu.
– A, Shuu wszystko
uzgodnił z dyrektorem. Twój mundurek leży na łóżku. Limuzyna odjeżdża za
dziesięć minut. Reszty dowiesz się na miejscu. – Oznajmił Reiji.
Zaskakujące – Shuu ruszył dupę w
troki i coś samodzielnie załatwił! Nieważne. Później już go nie słuchała.
Puściła się biegiem do swojego pokoju.
Po względnym
ogarnięciu się, spojrzała niepewnie w lustro – część lalkowej wręcz tabletki.
Ogólnie sama teraz pośród tych różowych ścian i stojącego za nią łóżka z
baldachimem, prezentowała się w odbiciu jak jakaś porcelanowa ślicznotka.
Widziała spływające po jej skroni
fale włosów i jasny odcień dopiero co obmytej twarzy. Kościste ręce
przechodziły w drobne dłonie zakończone długimi palcami.
Oblizała nerwowo łososiowe usta. Ani
trochę siebie nie przypominała! Nawet cały ten mundurek… nie pasował jej.
Śnieżnobiała koszula z żabotem i dwie kokardki – jedna związana tuż pod szyją,
druga pod dekoltem – sprawiały razem, że nie mogła uwierzyć własnym oczom. I
jeszcze ten granatowy żakiet i spódniczka tego samego koloru! Gdyby wyszła na
dwór, wzięliby ją za Dollfie… 1
Słysząc
jednak głos Reijiego, który nie wskazywał na zbyt duże zadowolenie, wolała
jednak nie przeciągać struny… Jak trzeba, to trzeba. Przeżyje ten jeden dzień w
obowiązkowym uniformie. 2
W pośpiechu spakowała jednak
przypadkowe ubrania na zmianę. To tak na wszelki wypadek. Poprawiła włosy i
zeszła na dół.
Znacie to
uczucie, gdy wsiadacie do samochodu i nagle zapada taka niezręczna cisza? Tak
niezręczna, że większa część otoczenia prawdopodobnie przysypia, gapi się
bezcelowo w widoki za oknem, czyta jakieś opasłe tomiszcze albo gada do
pluszaka? Bo Cantarella właśnie miała nieprzyjemność je poznać.
Czuła się tu
jak kula u nogi. Fakt – może każdy z szóstki wampirów był na swój sposób trochę
inny, ale na cholerę im człowiek do towarzystwa? Przecież nie próbowałaby
uciekać. Dokąd niby miała się udać? Do siedziby Kościoła, który wysłał ją na
prawie pewną śmierć? No chyba nie.
Oparła
podbródek na dłoni, wpatrując się w swoje jakże fascynujące odbicie w oknie.
Wyglądała tragicznie, aczkolwiek spodziewała się, że już po pierwszym dniu w
szkole Reiji zrezygnuje z pomysłu zrobienia z niej wzorowej uczennicy i nie
będzie psioczyć, jeśli skreślą ją z listy podopiecznych. Nawet jeżeli zdobyłaby
się na dalszą edukację, znalazłaby jakąś pracę i tak dalej… niewątpliwie przy
przeprowadzce zostałaby zamordowana. Sakamaki zachowywali się niczym zwierzęta
i prawdopodobnie nie pogodziliby się ze stratą swojego jedzenia.
Ponadto
miała dostęp do wody pitnej, produktów spożywczych i środków higieny, nie
musiała sprzątać dzięki służbie, dach nad głową też był… Czego chcieć więcej?
To korzystny interes. Niektórzy za cały pakiet takich warunków życia oczekują
sprzedaży nerki!
Odwróciła
spojrzenie od szkła i przeleciała wzrokiem po obecnych. Jeszcze niedawno byli
gotowi ganiać się z nią po domu, a teraz grzecznie siedzą i milczą? Dziwne.
– Oi, Chichinashi –
dobiegł ją znajomy zaczepny głos.
– Co, Pedalskowłosy? –
Zanuciła wdzięcznie. Nawet ciutkę się cieszyła, że ktoś zdecydował się do niej
zagadać. Ta cisza za bardzo trąciła jadem i melodramatyzmem.
– Tch. Wiesz, że
zwracasz się do Ore-samy, głupia decho? – Widząc, jak się do niej przysuwa,
wycofywała się coraz bardziej w kąt. Szkoda tylko że Ayato nie wychwycił aluzji
i z każdą sekundą był bliżej niej.
Zapamiętać: Nigdy nie siadać koło tego
ćwoka. Nawet przy jedynym wolnym miejscu. Może skutkować brakiem przestrzeni
osobistej.
– Suń się... – Mimo że
z początku była w stanie wręcz uciec z auta, to instynkt kazał jej przeć do
przodu. A w sumie to wolała być jak najdalej od niego, ponieważ… gostkowi
przydałby się mózg, a do tego ktoś, kto by porządnie go ubrał. I akurat w tym
momencie nie przesadzała – marynarka leżała na nim niezapięta, jakby nosił ją
jako bluzę. Albo po prostu pies najpierw mu ją wszamał i zwrócił, a jego
właścicielowi nie chciało się jej zapinać po tym smutnym wydarzeniu. To też
niezłe wytłumaczenie. Koszulę zostawił rozpiętą do połowy, krawat potraktował
jak szalik… Nie nauczyli go poprawnie zakładać ciuchów?
W każdym
razie… nie przywykła do oglądania roznegliżowanych facetów, zwłaszcza przez
katolicką wiarę panującą w jej familii. Dlatego półnagi tors Ayato wywołał u
niej zawstydzenie. Odwróciła się w przeciwną stronę, usiłując ukryć rumieniec.
– Ja ci dam „suń się”,
ty mała–
Z trudem
powstrzymała się od westchnięcia z ulgą, usłyszawszy huk zamykanej książki
Reijiego, który zakończył tę ni to kłótnię, ni to normalną konwersację. Wypieki
na twarzy zdążyły już zaniknąć na tyle, by nie musiała siedzieć z twarzą
zwróconą ku oknie.
– Zachowujecie się
karygodnie. Jeżeli zamierzacie gdziekolwiek zakłócać spokój swoimi
bezsensownymi dyskusjami, róbcie to w swoich pokojach lub gdzieś, gdzie tego
nie usłyszę. – Ciemnoczerwone tęczówki okularnika mogłyby miotać w tej chwili
piorunami.
Spuściła
wzrok skarcona, lecz zanim to zrobiła, uchwyciła kątem oka, jak Ayato się od
niej odsuwa wracając na swoje poprzednie miejsce. Usłyszała krótkie prychnięcie
i przez resztę podróży się do niej nie odezwał. Kolejny raz wydał jej się
obrażony jak dziecko. Poczuła z nim pewną nie do końca dla niej jasną nić
porozumienia.
***
Kiedy już
dotarli do szkoły, Reiji wyjaśnił dziewczynie w skrócie, gdzie zaczynają się
jej zajęcia i kogo ma pytać o ewentualną pomoc. Oczywiście nie omieszkał
wspomnieć, że nie chce, by narobiła mu wstydu i że jest obserwowana, więc w
razie próby ucieczki zostanie surowo ukarana. Miała ochotę wywrócić oczami, ale
wysłuchała go posłusznie z zaciśniętymi zębami.
Wedle jego
wskazówek powinna trafić bez problemu do klasy, w której wkrótce zaczynała się
lekcja japońskiego. Szczęście jednak jej nie sprzyjało i otworzyła drzwi do
zupełnie innej sali, niż przewidywała.
Od razu
omiotła ją fala ciekawskich spojrzeń. Przez chwilę stała w osłupieniu,
wpatrując się w zgromadzonych uczniów ze wzajemnością. Co powinna powiedzieć?
– E-etto… –
Wykrztusiła z siebie drżącym głosem. – Jestem tu nowa. Yoroshiku onegaishima–
– Huh? Jak to? –
Zdziwił się mocno jeden z czarnowłosych chłopaków. – Oi, pani przewodnicząca
coś o tym wie?
Uśmiechnął
się wrednie i odwrócił do tyłu w kierunku dziewczyny z prostymi włosami,
definitywnie źle pofarbowanymi na ombre – przedzierały się przez nie liczne
żółte pasma. Fryzjer musiał płakać, jak się nimi zajmował.
– Haa? Ja? – Uniosła
brew. – Fakt, miała być jakaś nowa uczennica od Sakamakich, ale nie w naszej
klasie.
Zwróciła się
do Cantarelli, która starała się nie pokazywać, że żal jej opłakanego stanu
rówieśniczki. Nie tylko włosy jej skrzywdzili, twarzy również nie oszczędzili…
Z toną tapety wyglądała jak pusta lala, która przesadziła z solarium.
Aczkolwiek Komori nie powinna się do niej zrażać z tak błahego powodu, prawda?
– Sakamakich? –
Przeleciał szmer po klasie. Czyżby inni uczniowie zdawali sobie sprawę, kim tak
naprawdę są ich koledzy i do czego są zdolni? Na pewno ułatwiłoby jej to życie.
Jeśli Reiji nabrałby chęci, by ją ubiczować,
może ktoś z ludzi ruszyłby jej na ratunek? W pojedynkę raczej nie dałaby rady
wampirowi.
– Spokój! – Krzyknęła
przewodnicząca i nagle zapadła cisza jak makiem zasiał. Musiano darzyć ją
wielkim respektem. – Jak mówiłam, nie należy do naszej klasy.
Wzruszyła
ramionami, krzyżując ręce pod piersią, jakby miała na to do reszty wylane.
Nastolatka zamrugała oczami, nie spodziewając się takiego obrotu spraw. Nie
musiała jej pomagać, jednak była przekonana, że jak na kogoś ważnego w
samorządzie szkolnym (tak wywnioskowała, bo nie każdy lider klasy pewnie
wiedział o przenosinach uczniów) przystało, okaże jej życzliwość. Pomyliła się.
– Co tak stoisz jak
słup soli? Idź do swojej klasy! Reiji chyba powiedział ci, która to? –
Odgarnęła włosy, lustrując ją piwnymi oczyma pełnymi pogardy.
– Tak, powiedział. –
Blondynka odparła chłodno i odwróciła się na pięcie. Nie mogła jednak
powstrzymać się od pocisku w stronę osoby, która potraktowała ją niczym szmatę.
– I przy okazji powiedział też, żebyś uważała na swój stołek. Może jakaś
noworoczna ci go zabierze ~
Wyszła z
klasy, zostawiając oburzoną królową w towarzystwie jej pachołków.
W wyniku
całego zamieszania spóźniła się na lekcję o blisko dziesięć minut. Przezorny
zawsze ubezpieczony, więc rzuciła okiem na tabliczkę z nazwą klasy. 3
Tym razem się nie pomyliła.
Oczywiście
jak tylko weszła do sali, nauczyciel przedstawił ją reszcie uczniów. Przykazał
też, by zajęła wolne krzesło. Standardowe procedury – wymuszone i niepotrzebne…
Jeśli ktoś chciałby ją poznać, mógłby przecież sam podejść i zapytać o jej
imię.
Cały dzień
upłynął jej w milczeniu. No, prawie. Czasem rzucała mimowolne „dzień dobry”,
gdy napotykała jakieś ciało pedagogiczne. Jej znajomi z klasy nie odezwali się
do niej ani słowem, czasami słyszała jedynie szepty i chichoty. Była pewna, że
wszystkie te nieprzyjemności padały konkretnie w jej kierunku… Może
niesłusznie, ale nie potrafiła wyzbyć się poczucia bycia innym, niepasującym
fragmentem układanki.
Jednakże
przyzwyczaiła się już do takiego traktowania. Nie zdziwiła się, dawno temu
przyjęła do wiadomości, jak świat młodzieży spogląda na takich jak ona. Dlatego
sposępniała i stała się cicha jak myszka.
Nawet pod
koniec dnia nikt się do niej nie zbliżył. Z sali zawsze wychodziła na końcu, bo
nie lubiła pchać się wraz z tłumem do drzwi. Teraz ta sytuacja także
wielokrotnie się powtarzała.
Ostatecznie
została sama ze swoim zeszytem, piórnikiem i resztą przyborów. Puste
pomieszczenie nabrało nienaturalnego chłodu i doszła do wniosku, że nadszedł
najwyższy czas się zwijać. Szofer nie będzie czekać wiecznie, a wolała nie
wracać do domu na piechtaka.
Spakowała
się do plecaka i jeszcze raz rozejrzała się, aby sprawdzić, czy na pewno
wszystko zabrała. Jej wzrok nie napotkał niczego takiego, zatem pozostało jej
tylko wzruszyć ramionami i opuścić teren szkoły.
Zanim jednak
zarzuciła plecak na ramię, coś dosyć niecodziennego przykuło jej uwagę. Bo to
raczej nie należy do rutyny, by dosłownie wszystkie światła w klasie pomimo
ładnej pogody zaczęły migać jak popieprzone, no nie?
Zmrużyła
oczy podejrzliwie. Duchy? Marny żart przewodniczącej? Albo może rzeczywiście
mają tutaj problemy z zasilaniem?
Powinnam obczaić generator, chociaż… nie
wiem, gdzie jest. Ale pewnie któryś z psorów będzie wiedzieć!
Niezbyt
leżało jej troszczenie się o biznes tej placówki, aczkolwiek w rankingu
najgłupszych śmierci plasowała się zdecydowanie ta wynikająca z niepoproszenia
o pomoc. Źle by się czuła, gdyby ktoś niewinny przez nią zginął. Lepiej zginąć
po przyznaniu, że coś jest nie tak, niż umrzeć za własną dumę i tchórzostwo.
Przynajmniej według niej.
– Oi.
– Kyaa…! – Spłoszona
głosem, który dobiegał kilka centymetrów od jej ucha, złapała odruchowo
najbliższe krzesło i rzuciła nim w…
– Nie drzyj się tak! –
Szczęśliwie czerwonowłosy wampir uniknął lecącego na niego drewnianego
przedmiotu. To jest… Szczęśliwie dla niego. Jej by to nie przeszkadzało, gdyby
pod tym ślicznym Ayatowym zielonym oczkiem pokazało się limo. Zasłużył sobie za
dzisiaj. – Pogrzało cię z tym krzesłem?!
– Po-pojawiłeś się tak
nagle i… – Bąkała speszona, lecz przerwała, kiedy na twarzy chłopaka pojawił
się kpiący uśmiech, zastępując wcześniejszą zarazem zszokowaną i rozgniewaną
ekspresję.
– Myślałaś, że zaraz
wyskoczy jakiś potwór i cię zje? – Zaśmiał się, patrząc na nią z wyższością.
Wzruszył ramionami zniecierpliwiony. – Wiesz, przyszedłem tu specjalnie po
ciebie, więc pospiesz się i chodź.
– Huh? Naprawdę? –
Zamrugała oczami, nie dowierzając. Za to jakoś cieplej na sercu się zrobiło.
Tego koszmarnego dnia chociaż jedna osoba o niej pamiętała.
– Ta. Co tu robisz o
tej porze? Wszyscy już poszli. – Skrzywił się Ayato. Chyba tak samo nie znosił
szkoły jak ona. Mogliby urwać się kiedyś razem z zajęć. To brzmi jak… zajebisty
plan! W McDonaldzie nie dobierze się jej do żył, jeśli pragnie utrzymać swoją
naturę w tajemnicy, a zapewne tak było.
– Nie przepadam za
pchaniem się z resztą jak stado słoni pędzące do wodopoju. – Westchnęła ciężko
blondynka.
– A mnie się wydaje,
że próbowałaś uciec. – Odparł pewny siebie.
Otworzyła
buzię. Szybko ją jednak zamknęła. Tak czy inaczej jej nie uwierzy. Po co ma na
darmo strzępić język?
– Heh. Sądząc po
twojej minie, miałem rację? – Kontynuował bez cienia wątpliwości w głosie.
Patrzcie go, jaki z niego Sherlock Holmes! Po
prostu detektyw jedyny w swoim rodzaju. Każdy jego argument jest inwalidą i w
dodatku robi z logiki kurwę. Nie miałabym przecież gdzie się podziać, jeśli bym
uciekła.
– Wiesz, w jakiej
jesteś pozycji?
To pytanie
sprawiło, że straciła odrobinę fason. Ale raczej jaskółki nie uskuteczniała…
Pewnie chodziło mu o „straconą pozycję”. Nie powiedziała tego głośno, aby nie
dobijać się dwa razy bardziej. Strzeliła jedynie teatralnego facepalma i
odparła niedbale:
– Dobra, kapuję.
Możemy już iść? A, i jedna sprawa: skoczę do pokoju nauczycielskiego, żeby
ogarnęli prąd. – … inaczej może nas
wszystkich pozabijać.
Uniósł jedną brew, przyglądając jej się z uwagą. Czyżby… miała coś na
twarzy?
– Ty naprawdę nie
rozumiesz. – Syknął przez zęby. Czemu wpadł w takiego rage’a?! Przecież nic nie
zrobiła! – Skoro jesteś ofiarą, musisz posłusznie oddawać swoją krew.
– No na pewno nie
tobie, walnięty knurze. – Zażartowała, jednak spoważniała, widząc, jak kąciki
jego ust nie unoszą się ku górze i ruszyła do wyjścia. – To Shuu wybrałam.
– Oi. – Zanim zorientowała się, o co może znowu biegać, stała
przyparta do ławki. Mogła się jedynie ratować przez… wywrócenie fikołka do
tyłu. Niewiele jej to jednak pomogło. Ona się cofała, przeskakując przez ławki,
a on brał je do rąk i przenosił za siebie. Śmieszne.
Jej próba ucieczki skończyła się przy
ostatniej ławce. Jasne, mogła zaryzykować i pomknąć ku oknu, by następnie z
dzikim okrzykiem „Geronimo!” skoczyć z trzeciego piętra… ale warto by było
łamać sobie wszystkie kości? Z dwojga złego wolała zostać tutaj. Najwyżej
wpadnie w anemię i nie połamie sobie kręgosłupa.
– Nadal nie rozumiesz,
że mam gdzieś tą głupią umowę? – Zadrżała, słysząc, jak kładzie energicznie
ręce po obu stronach jej ciała. Był stanowczo za blisko. Zdążyła odwrócić się
do niego tyłem i nie spoglądać mu w te jego... cudne oczęta i… nie patrzeć na
te skłaniające do delikatnego przeczesania potargane włosy. Wtedy to już
zupełnie wyglądałaby jak burak.
– A~ah, umieram z
pragnienia. A wszystko przez ciebie i twój zapłon muchy w smole!
Sekundę
później poczuła, jak chwyta ją za ramię i zsuwa z jej szyi kokardę, a potem
rozpina po omacku jej bluzkę. Pierwszy raz doświadczyła czegoś takiego.
– H-hej, nie musisz
mnie od razu rozbierać! – Zapiszczała zażenowana, rzucając się jak śnięta ryba.
– Zamknij się
wreszcie! Jesteś strasznie upierdliwą ofiarą. – Warknął w odpowiedzi Ayato, na
co jeszcze bardziej zaczęła się szamotać.
Może i brakowało jej trochę ogłady, aczkolwiek nie zamierzała ot tak dać
z siebie wysysać posokę i to jeszcze byle krwiopijcy! Nawet jeśli i tak przegra…
to nie bez walki.
Musiała
przyznać – parę w łapach to on miał. Bez trudu złamał jej opór. Już podczas
pierwszego spotkania udało jej się zauważyć tę nadludzką zdolność.
Jakby tak
drążyć temat jego teraźniejszego ataku to… poniekąd częściowo jej wina. Może
gdyby nie zamieszanie w samochodzie, nie
przyszedłby tutaj z planami wyrządzenia jej krzywdy. Ale co ona się oszukiwała?
I tak by tu przylazł, ponieważ sam mówił o doskwierającym mu pragnieniu, a do
tego nie trzymał się w ogóle zasad. Nie obchodziła go nawet spora szansa
przyłapania go na wysysaniu z niej krwi! Lub… grono pedagogiczne i uczniowie
byli przyzwyczajeni do takich widoków?
– Ehehe, twoja skóra
wygląda kusząco bez żadnych śladów ugryzień… – Usłyszała jego głos w prawym
uchu, co sprawiło, że ogarnęła ją fala gorąca.
Za blisko… I jeszcze straciła
„odrobinę” charakteru – obecnie potrafiła jedynie poruszać ustami, choć było to
raczej nerwowe drżenie niezbyt zależne od jej woli. Stała się potulna niczym
owieczka, nic dodać, nic ująć.
– … a to oznacza, że
będę pierwszy. – Westchnął jej prosto do ucha. Zacisnęła powieki bezradnie. –
Ha, nie wytrzymam dłużej… Zjem cię tu i teraz.
– Zje-zjesz?! –
Wyjąkała, trzęsąc się cała. Jest kanibalem?! Momentalnie owładnęła nią panika.
Jest różnica między opróżnianiem czyichś żył a pozbawianiem kogoś sprawnego
ucha!
– Właśnie tak…
Wydarła się,
ale zupełnie odruchowo, nie z przerażenia. Oczami wyobraźni widziała, jak
odrywa jej łeb i przerabia go na swoje trofeum. Ledwo powstrzymała się od
wyrażenia swojej ulgi, gdy poczuła, że dalej może kierować pozostałymi
częściami ciała. Tylko coś mokrego spływało po lewej stronie jej szyi…
Ayato uwiesił się na niej i wbił
swoje kły najwyraźniej bardzo głęboko, skoro przeszło przez nią mrowiące
uczucie podobne do tego przy wbijaniu przez pielęgniarkę strzykawki pomnożone
dwa razy. Niemiłe, acz do zniesienia. Gorzej z tymi odgłosami ssania. Nie
mógłby być trochę ciszej? Na razie brzmiał jak odkurzacz, a to raczej nie
sprzyjało jej w ukrywaniu rumieńców…
– … Pyszne. Co jest… –
Mlasnął zdziwiony, przerywając na chwilę osuszanie jej z posoki, po czym
ponownie poczuła charakterystyczny napór jego kłów, tym razem niżej.
Nie umie zdecydować się na jedno miejsce?
Będę cała pogryziona!
Po dłuższej
chwili dostała zawrotów głowy, najprawdopodobniej od łapczywego chlania pewnego
jegomościa, który za nią stał i ani trochę nie zwolnił uchwytu na jej ramieniu.
Zaczynała drętwieć, toteż postanowiła mu przeszkodzić i zakończyć ten „Dzień
Dziecka”.
– Starczy! –
Odepchnęła go, uderzając go wolnym ramieniem, jednak mało efektywnie, ponieważ
cofnął się o zaledwie kilka kroków.
Ostentacyjnie
się oblizał, jakby chciał odstawić jakieś porządne przedstawienie, delektując
się jej reakcją. Spojrzała na niego zniecierpliwiona, kładąc rękę na jątrzącą
się ranę i próbując w ten marny sposób zatamować krwawienie. Powoli ciemniało
jej przed oczami. Gość definitywnie nie wiedział, kiedy przestać. Dalej był
głodny? Albo… działało to na niego jak browar na alkoholika?
– Zgłupiałaś? Będę
robił, co mi się podoba. – Zaśmiał się, w pełni eksponując swoje uzębienie. –
Jeśli dalej będziesz tak kozaczyć to będzie tylko bardziej boleśnie.
Zacisnęła
wargę w wąską linię, a jej oczy zaszkliły się od łez. Ledwo stała. Gdyby nie
ławka z tyłu, z pewnością osunęłaby się na ziemię. Teraz nie miała nawet szansy
na ucieczkę. Pozostało jej liczyć na jego łaskę. Nie mogła nic poradzić na swój
los i przez to nabrała ochoty, by krzyczeć aż do zdarcia gardła. Ale kto by się
nią przejął? Jej koledzy i koleżanki chodzili po mieście, bawiąc się w
najlepsze, natomiast nauczyciele i tak nie usłyszeliby nic z trzeciego piętra.
– Hehe, czemu
płaczesz? – Zapytał cynicznie chłopak nadal odrobinę umazany jej krwią. – Ten
wyraz twarzy… tylko bardziej mnie nakręca.
To masz naprawdę dziwny fetysz, gnoju!
Z jego
jaskrawozielonych tęczówek wyczytywała jedynie żądzę. Jak w ogóle mogła
pomyśleć, że na dnie serca jest zupełnie inny?! Ta głupia wiara ją kiedyś
zgubi.
– Poza tym… smak
twojej krwi nie jest wcale taki zły. Właściwie twoja krew jest lepsza niż
jakakolwiek, której próbowałem. – Nie wiedziała czy rozmawia sam ze sobą, czy
mówi to do niej. Ona i tak już traciła kontakt ze światem i oczy zamykały jej
się mimo woli. – Heh, pora posiłku będzie od teraz o wiele przyjemniejsza.
– Przestań… – Wysapała
słabo, usiłując utrzymać się w pozycji stojącej.
– Uważaj, bo cię
posłucham. – Uśmiechnął się ironicznie i podszedł do niej, by kontynuować
wypijanie jej esencji życiowej.
Nie miała siły się bronić. W uszach
dudniły jej intensywne dźwięki wydawane przez oprawcę i uczucie uchodzącej z
niej szkarłatnej cieczy. Część posoki lądowała na żeńskim mundurku, część
zostawała zgarnięta przez język krwiopijcy, a część… Spojrzała w dół i
otoczenie zaczęło niespodziewanie wirować. Nie myślała logicznie. Chciała, żeby
to wszystko dobiegło końca. Pal licho zemstę, życie ważniejsze!
– Już mi nie
uciekniesz. Rozumiesz?
Zachowuje
się, jakby sprezentowano mu nową zabawkę:
Pokazuje tę
swoją słodką minkę…
A potem
okrutnie się uśmiecha.
Pije ze
mnie, nie dając mi ani chwili wytchnienia.
Stopniowo
tracę nadzieję.
Nie
odzyskam wolności.
Ale tak
sobie myślę…
Czy da się
odzyskać coś, co nigdy nie należało do
nas?
_______________________________________________________________________________
Cześć!
To na razie ostatni rozdział, jaki zdążyłam napisać i w związku ze szkołą nie wiem, kiedy wstawię kolejny;; Tak czy inaczej mam nadzieję, że dobrze się bawiliście przy jego czytaniu! W porównaniu do poprzedniego... jest krótki, ale jest.
Ze spraw organizacyjnych: Playlista wstawiona i podlinkowana w dziale "Muzyka", przypisy uporządkowane, to samo tyczy się słowniczka. Jeżeli zdążę to wstawię przynajmniej część spisu bohaterów w tym tygodniu, jeśli nie – zrobię to po ogarnięciu następnego rozdziału. Nie chcę, żeby wam się wszystko pomieszało, dlatego wolę umieścić najpierw informacje o postaciach, a dopiero potem zabrać się za publikację nowego rozdziału.
Szykuję też coś w stylu specjału po kolejnym rozdziale (i nie, to nie będzie żaden przerywnik w fabule jak na razie, tyle mogę zdradzić), jednak potrzebuję popracować nad wieloooma rzeczami, a to oznacza bliżej nieokreślony termin wydania X"D
Red Queen





