poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Haunted Dark Bridal: Dark 02




Którego z nich mam wybrać?

            Jej serce biło tak energicznie, że niemal słyszała jego charakterystyczne dudnienie w uszach. Odniosła wrażenie, że cała woda w jej ciele odpłynęła do głowy, powodując na jej czole liczne kropelki potu. Oblizała nerwowo wargi.
            Zobaczmy… Subaru odmówił, więc zostało mi tylko pięciu.
            Spojrzała w kierunku Kanato z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Jest zbyt nieprzewidywalny. Niewątpliwie zrobiłby z niej kisiel, więc już na wstępie trzeba go wykluczyć.
            Przeniosła wzrok na Laito. Noo, to byłby ciężki orzech do zgryzienia. Z jednej strony niezły z niego śmieszek, a z drugiej chyba nigdy nie potraktuje jej poważnie… A szkoda, bo miał zadatki na jej przyjaciela.
            Gdy jej oczy natrafiły na jadowicie zielone tęczówki Ayato, przyłożyła palec do ust w zamyśleniu. Wydawał się w porządku… Właśnie, „wydawał się”. Ostatecznie pokazał, jaki jest naprawdę. Nie było w nim ani krztyny szacunku dla innych. Widział wyłącznie siebie i należała mu się za to surowa kara.
            Dalej… Reiji. Z początku go lubiła. Bronił jej praw, wykazywał się cudowną rzeczowością i spokojem godnym benedyktyna. Ale… coś jej podpowiadało, że grożenie batem nie należało do żartów w tym w domu.
            Wobec tego pozostał Shuu. Straszny z niego leń i ponurak, aczkolwiek może przynajmniej w przeciwieństwie do reszty będzie traktować ją ulgowo? Nie miała innego wyjścia. Musiała zaryzykować.
 – Pospiesz się, bo jak nie… – Warknął zniecierpliwiony czerwonowłosy. Cantarella przerwała mu wpół, domyślając się, co zamierza powiedzieć. Nie chciała, żeby pod wpływem zbyt długiego rozmyślania Sakamaki rzucili się na nią jak stado wygłodniałych wilków. Potrzebowała wyznaczyć kogoś na swojego strażnika.
 – Okej, to… – Odetchnęła głęboko, a potem przyjęła postawę niczym Ash z Pokemonów podczas decydującej bitwy. Nogi lekko rozwarte, klata do przodu… Gdyby miała jabłko, z pewnością użyłaby go jako Pokeballa. – Shuu, wybieram cię!
 – Huh? Mnie? To irytujące… – Podrapał się w głowę wampir.
            Może i mnie nie doceniasz, ale przynajmniej dłużej pożyję. I będę mieć więcej czasu na znalezienie porządnej drogi ucieczki. Mogłabym teraz wyskoczyć przez okno, ale raczej byłby tu mój marny koniec – za dużo tu ciernistych krzewów i w ogóle… Nie da rady, trzeba wymyślić coś innego.
 – Tch, czemu on? – A czemu nie on? Nie zasłużyłeś na darmowy punkt krwiodawstwa, przykro mi! – Nie masz gustu!
 – Właśnie ~ Widzisz, rzadko cokolwiek mu się chce, a poza tym jest okroopnie nudny. – Jęknął zawiedziony Laito.
            Wywróciła oczami. Typowe. Mają do niej pretensje dlatego, że coś im się nie podoba. Rozpuszczeni jak dziadowski bicz. Trwała jednak w nadziei, iż uszanują jej decyzję i nie będą jej atakować.
 – Haah… Zamknijcie się. Cóż, jak każdy chętnie przyjmę jedzenie, które samo pcha się na talerz. – Powiedział blondyn po namyśle. – Jednak… jeśli chcesz, żebym wypił twoją krew, musisz najpierw podstawić mi swoją szyję.
            Dziewczyna wybałuszyła oczy. On serio myślał, że będzie mu posłuszna? Może i go wybrała, jednak nie znaczyło to, że całkowicie zrezygnowała z dalszej walki.
            Najpierw musi trafić na okazję, skorzystać z niej i dostać się do jakiegoś kościoła, a potem… Nie, nie może ufać nikomu. Jeżeli to, co powiedzieli jej domownicy, jest prawdą, duchowni także nie wyciągną do niej pomocnej dłoni – to w końcu wbrew ich planowi. Musi działać w pojedynkę. Na razie.
            Z zamyślenia wytrącił ją głos jej nowego „zwierzchnika”.
 – A, właśnie. Prawie zapomniałem. Możecie z nią robić, co chcecie. – Co?! Tak mnie bronisz?! Kij ci w oko! Poradzę sobie… jakoś. – Nie zabijajcie jej tylko.
            Dzięki, łaskawco. – Ukradkiem wywróciła oczami.
 – Nie możemy? Dlaczego? – Zapytał z zawodem Kanato. Aż jej się trochę przykro zrobiło. Naprawdę jej tak nienawidził? Przecież nie wyrządziła mu wielkiej krzywdy…
 – Nie mam pojęcia. To Jego polecenie. – Odparł bez specjalnej troski.
            On”? Już kolejny raz słyszała o tej osobie i nikt nie raczył jej wyjaśnić, o kogo chodzi. Trzymali to w tajemnicy, ale po co? Czy ten koleś faktycznie był taki ważny? W tygodniu kradnie animce i wrzuca do Internetu, a w weekendy jeździ z synami uskuteczniać dżihad?
 – Wiesz co, mogłeś to powiedzieć wcześniej. Mogłam przez ciebie zginąć. – Uniosła ręce zaaferowana.
 – Za dużo zachodu.
            Jej twarz nadymała się i zaczerwieniła. Uch, co za brak empatii!
 – Co ten gostek sobie myśli? Czemu mamy być mili w stosunku do człowieka? – Prychnął Ayato.
            Przynajmniej teraz mogę bezczelnie wodzić cię za nos, matołku! – Pomyślała zadowolona.
 – Ten facet zaczyna naprawdę działać mi na nerwy. – Usłyszała głos tuż za sobą, co spowodowało, że podskoczyła, zachwiała i upadła. Prosto na swój naszyjnik.
 – Ałaa…!
            Podniosła się niczym poparzona i zabrała z podłogi zgubę. Teraz przynajmniej miała nauczkę. Nie będzie zostawiać swoich rzeczy, gdzie popadnie.
            Masowała pośladek, jęcząc boleśnie i wysłuchując chichotów ze strony zielonookich. Reiji wydał z siebie ciężkie westchnięcie. Nie do końca wiedziała czy to z jej powodu, czy Subaru, czy może ich wszystkich.
 – To dość niestosowny komentarz. Jeżeli chcesz mu się sprzeciwić, to proszę bardzo. Zabij ją. – Odpowiedział z lodowatym spojrzeniem.
            Oj, nie kuś, Reiji. Mnie się do grobu nie spieszy. Zwłaszcza że śmierć z rąk twojego brata nie zapowiada się zbyt pięknie…
 – Kuso! Pewnego dnia zabiję i ją… i was wszystkich. – Warknął Subaru. Znowu rozwali ścianę czy nie? Dowiemy się już za chwilę!
 – Hmm, tak czy owak brzmi podejrzanie, co nie? Zastanawiam się czy czegoś przypadkiem nie planuje… – Nadmienił rudowłosy bez cienia uśmiechu.
            Wow… Jeśli nawet ty jesteś w tym momencie poważny to chyba rzeczywiście mam się, czego obawiać.
 – Myślisz, że to ma coś wspólnego z tą dziewczyną? – Kanato zerknął na nią, nachyliwszy się w kierunku Laito.
 – Kto wie. Kompletnie go nie rozumiem. Em… A o kim mówicie? – Zapytała nieśmiało.
 – Stul dziób. To nie twój biznes, Chichinashi.
            Aha. Czyli dalej będę żyć w niewiedzy. Miło.
 – W każdym razie to jego tekst. Więc nie zabijajcie jej. – Powtórzył Shuu wyraźnie poirytowany dopytywaniem się i ciągnięciem dyskusji. – A ty masz być cicho i nie przeszkadzać, jasne?
Spojrzał na nią, jakby narzucał jej cały kodeks rycerski. Coś w Cantarelli się zagotowało, ale jeszcze nie na tyle, by wybuchła.
 – Jak słońce. – Odpowiedziała z wymuszonym uśmiechem.
 – Skoro wszystko zostało powiedziane, nie widzę sensu dalej tu stać. – Reiji subtelnie dał do zrozumienia, że to on rządził na tym terenie i że nadszedł najwyższy czas się rozejść. I do drugiej rzeczy istotnie miał rację.
            Założyła wisiorek na szyję. Co teraz? A tak, tymczasowo tutaj zostaje. Wypadałoby się dowiedzieć czy mają tu jakąś wolną sofę lub inną miejscówkę do spania.
 – A-ano… A gdzie będę spać? – Zapytała, śmiejąc się dla dodania sobie otuchy.
 – Oczywiście że w swoim pokoju. Rozum ci odjęło? Gdzieżby indziej? – Zganił ją Reiji, mierząc ją badawczym wzrokiem przez swoje okulary.
            No nie wiem, myślałam o lochach, jakiejś piwnicy albo sali tortur… ale normalną sypialnią nie pogardzę!
 – Etto, a pokażesz mi, gdzie to jest? – Tak, „pokażesz”. Komori nawet z mapą miała słabą orientację i wolała nie ryzykować zabłądzenia. Jeszcze wyląduje w komnacie z ruszającymi się ścianami…
 – Shuu! – Ciemnowłosy już wyraźnie zniecierpliwiony zwrócił się w kierunku brata. – To twoja ofiara. Zaprowadź ją do jej pokoju.
Definitywnie próbował narzucić mu swoją wolę i najprawdopodobniej nie pierwszy raz. Może tak będzie lepiej? Inaczej szafirowooki może nie podnieść się z kanapy aż do końca świata.
 – Nie obchodzi mnie to, nie będę się fatygował. – Odmruknął jasnowłosy. Obrócił się na pięcie i odszedł w swoją stronę.
            Patrzyła, jak okularnik mruży oczy, a jego twarz momentalnie się napina. To nie wróżyło nic dobrego. Acz co miała zrobić? Dać mu się wychłostać dla rozluźnienia?
 – Co za niewychowany gbur.
            Atmosfera zrobiła się tak gęsta, że z łatwością dałoby radę pociąć ją, a nóż wchodziłby z pewnością jak w masło. Brr. Tych dwóch nie łączyły raczej pozytywne relacje. Mogła wyczuć, jak powietrze buzuje od ich wzajemnej niechęci. Trochę to dziwne… mimo wszystko byli rodziną. Co się pomiędzy nimi wydarzyło?
 – W każdym razie ktoś musi wskazać ci drogę. Chodź za mną.
            Chyba odrobinę mu przeszło. Szybko. Nie wyglądał już, jakby wsadzili mu kij w cztery litery.
            Dopiero teraz spostrzegła, że reszta wampirów zniknęła. Bracia musieli się niepostrzeżenie teleportować, gdy ona zaaferowana obserwowała scysję dwójki z nich.
 – Idziesz? – Uniósł brew. – Nie będę na ciebie czekać.
            Stał o kilka kroków dalej od niej. Przydałoby się jej mniej myślenia, więcej działania. Przynajmniej na chwilę obecną, póki nie wyrobi sobie w tym wariatkowie podzielnej uwagi.
 – T-tak, dziękuję! – Ruszyła do przodu z walizką, oglądając się na boki.
            Igrzyska Śmierci czas zacząć… – Mruknęła w duchu, mając mieszane uczucia. Zapowiadała się męęcząca noc.


            Chociaż zarzekała się przed sobą, że obudzi się od razu, gdy usłyszy jakiś szmer, z bólem serca musiała przyznać, iż tej nocy spała jak suseł. Nawet nie zauważyła, kiedy odpłynęła w objęcia Morfeusza. Pewnie nadmiar emocji tak na nią zadziałał.
            Księżyc okazał się jednak bezlitosny. Postanowił ją obudzić  za pomocą użyczonych mu promieni, które bez trudu przedarły się przez cienkie zasłony w oknie.
            Przetarła oczy leniwie. Nie uśmiechało jej się jeszcze wstawać. Wiedziała za to, że po przebudzeniu nie będzie potrafiła usnąć. Musiała zatem stanąć twarzą w twarz ze słabo oświetlonym korytarzem w dwuczęściowej pidżamie, bieliźnie pod spodem i futrzanych bamboszach. Kiepska pora na zwiedzanie, ale po dłuższej drzemce trzeba rozprostować kości.

            Zeszła po schodach nadal lekko zaspana, zmierzając do salonu. Oby tylko żadnemu krwiopijcy nie przyszła do głowy nocna przechadzka… Nie żeby była aż tak roszczeniowa, po prostu wolała nie być denerwowana od razu po fatalnym wyrwaniu ze snu. Umiała w takiej sytuacji całkowicie nieumyślnie ukąsić.
            Po wymacaniu włącznika światła i wciśnięciu go, w pomieszczeniu od razu zrobiło się przytulniej.
 – Za jasno – usłyszała mruknięcie i spostrzegła Shuu wylegującego się w najlepsze na kanapie.
            Wow, jak na wampira to naprawdę nie przepadasz za ruchem, co? Ale to w sumie lepiej – przynajmniej nie muszę omijać cię szerokim łukiem!
 – O, siemka. Sorki, że cię obudziłam. – Zagaiła przyjaźnie. Zdobycie jego sympatii raczej nie powinno być trudne. Nie wydawał się takim pojebem jak pozostali.
            W odpowiedzi otrzymała ciche westchnięcie. To zdecydowanie nie będzie takie proste zadanie. Już, już chciała odwrócić się na pięcie, by wrócić do swojego pokoju, ale coś przykuło jej uwagę i rozpaliło w niej dziecięcą ciekawość.
 – Ne, chodzisz do szkoły? – Spojrzała na jego pomięty mundurek, w którym leżał niczym trup na ołtarzu. – Myślałam, że jesteś starszy!
            Obstawiałam wiek dwadzieścia pięć plus…
            Cisza. Jednak zakumplowanie się z nim będzie znacznie cięższym wyzwaniem, niż przypuszczała.
            Swoją drogą… Był aż tak „zmęczony”, że nie chciało mu się przebierać? Te ciuchy nie należały przecież do najwygodniejszych.
 – Idziesz zaraz do szkoły? – Zapytała żartobliwie.
            Blondyn uchylił powieki i spojrzał na nią kątem oka. Cantarella przełknęła z trudnością ślinę. Nie powinna była go zaczepiać…
 – Ty nie idziesz? – Świdrował ją wzrokiem zupełnie jak przedszkolak wystawę sklepową pełną słodyczy.
 – Huh? – Pokręciła głową skonsternowana. Jego pytanie kompletnie zbiło ją z tropu.
            Do jej uszu dobiegło niedalekie skrzypnięcie drzwi. Odwróciła się w kierunku źródła dźwięku.
 – Nadal tu jesteście? – Z ciemności wyłoniła się postać wysokiego mężczyzny o oczach w kolorze czerwonego wina. Teraz widziała wszystko co do szczegółu: czarne włosy pomieszane z ciemnofioletowymi kosmykami, wydatne kości policzkowe, blada i nieskazitelna cera oraz metalowe okulary nasunięte na kruczy nos.
Więc widocznie wszystkie wampiry są rzadko spotykanej urody? Na to wychodzi. – Zanotowała w myślach. Zginie, ale przynajmniej w otoczeniu bishów – co za zaszczyt ją kopnął!
            Była wręcz pewna, że usłyszała ze strony Shuu jakieś ciche mamrotanie, ale nie wnikała w to.
 – Reiji… – Zamrugała kilkakrotnie oczami, po czym delikatnie uniosła kąciki ust dalej nieco ospała. – Też nie śpisz?
 – A czemu miałbym spać? – Jego lewa brew momentalnie powędrowała w górę. – Shuu, idź do samochodu. Nie pozwolę, żeby ktoś tak żałosny jak ty nas opóźniał.
            Auć. Co tak ostro?
            Szczerze? Troszeczkę smutno jej się zrobiło, że się tak nie lubią, ale, sądząc po ich krótkich rozmowach, żaden z nich nie palił się do zmieniania tego. Bez łachy. Jeszcze ją spróbują zajebać, jak zacznie ingerować.
 – Już idę – westchnął blondyn i podniósł się ociężale z kanapy. Minął ją i brata, nawet nie obdarowując ich spojrzeniem, choć wzrok dziewczyny wiernie śledził go, aż nie doszedł do korytarzu prowadzącym do drzwi frontowych.
 – Ty też powinnaś się pospieszyć. Nie będziemy na ciebie czekać. – Dodał Reiji karcącym tonem.
            Zwróciła na niego wpółprzytomnie swoje morskie oczęta. Co on gada? Jest przecież środek nocy, należy spać, a nie interesować się lekcjami, które tak na marginesie i tak są zazwyczaj nudne jak flaki z olejem.
 – Coo…? – Odparła głosem jak zombie.
 – Po pierwsze: Nie „co”, tylko „proszę” bądź „słucham”. – Prychnął pogardliwie Reiji. – Po drugie: Lunatykujesz, że nie pojmujesz, co do ciebie mówię? Idziesz z nami do szkoły, to chyba jasne.
 – Bez jaj… – Jęknęła przeciągle. – Jest przecież noc…
            Tak myślała, zważywszy na księżyc zawieszony na niebie. O ile ktoś nie przykleił plakatu na oknie, może ten widok potraktować wiarygodnie, nie?
 – Co z tego? Czy to nie logiczne, że skoro prowadzimy nokturialny tryb życia, nie możemy uczęszczać na dzienne zajęcia? – Dziewczyna wciąż wyglądała na skonsternowaną, toteż kontynuował wywód jak cierpliwy profesor. – Jeżeli uczeń nie może brać w nich udziału, alternatywą dla niego są zajęcia wieczorne?
 – O, to dlatego…! – Klepnęła się w czoło nastolatka. – Sorki, jestem niedzisiejsza. Wcześnie wstałam. – Zaśmiała się niemrawo.
 – Zauważyłem. – Odpowiedział Reiji z niesmakiem. – Ryoutei Gakuen to prestiżowa szkoła, więc doprowadź się łaskawie do porządku.
 – Ale jakim cudem w ciągu jednego dnia wylądowałam w innej szkole? – Wybałuszyła oczy, jakby co najmniej ogłoszono jej nadchodzące trzęsienie ziemi. Miała egzystować w jednym domu z nieśmiertelnymi żywiącymi się esencją niewinnych istotami i do tego jeszcze chodzić do SZKOŁY? Gdyby chociaż była ona przeciętna, ale nie, musieli wybrać jedną z najlepszych! Raczej nie zanosiło się na pełen luz i poczucie komfortu.
 – A, Shuu wszystko uzgodnił z dyrektorem. Twój mundurek leży na łóżku. Limuzyna odjeżdża za dziesięć minut. Reszty dowiesz się na miejscu. – Oznajmił Reiji.
Zaskakujące – Shuu ruszył dupę w troki i coś samodzielnie załatwił! Nieważne. Później już go nie słuchała. Puściła się biegiem do swojego pokoju.


            Po względnym ogarnięciu się, spojrzała niepewnie w lustro – część lalkowej wręcz tabletki. Ogólnie sama teraz pośród tych różowych ścian i stojącego za nią łóżka z baldachimem, prezentowała się w odbiciu jak jakaś porcelanowa ślicznotka.



Widziała spływające po jej skroni fale włosów i jasny odcień dopiero co obmytej twarzy. Kościste ręce przechodziły w drobne dłonie zakończone długimi palcami.
Oblizała nerwowo łososiowe usta. Ani trochę siebie nie przypominała! Nawet cały ten mundurek… nie pasował jej. Śnieżnobiała koszula z żabotem i dwie kokardki – jedna związana tuż pod szyją, druga pod dekoltem – sprawiały razem, że nie mogła uwierzyć własnym oczom. I jeszcze ten granatowy żakiet i spódniczka tego samego koloru! Gdyby wyszła na dwór, wzięliby ją za Dollfie… 1
            Słysząc jednak głos Reijiego, który nie wskazywał na zbyt duże zadowolenie, wolała jednak nie przeciągać struny… Jak trzeba, to trzeba. Przeżyje ten jeden dzień w obowiązkowym uniformie. 2
W pośpiechu spakowała jednak przypadkowe ubrania na zmianę. To tak na wszelki wypadek. Poprawiła włosy i zeszła na dół.


            Znacie to uczucie, gdy wsiadacie do samochodu i nagle zapada taka niezręczna cisza? Tak niezręczna, że większa część otoczenia prawdopodobnie przysypia, gapi się bezcelowo w widoki za oknem, czyta jakieś opasłe tomiszcze albo gada do pluszaka? Bo Cantarella właśnie miała nieprzyjemność je poznać.
            Czuła się tu jak kula u nogi. Fakt – może każdy z szóstki wampirów był na swój sposób trochę inny, ale na cholerę im człowiek do towarzystwa? Przecież nie próbowałaby uciekać. Dokąd niby miała się udać? Do siedziby Kościoła, który wysłał ją na prawie pewną śmierć? No chyba nie.
            Oparła podbródek na dłoni, wpatrując się w swoje jakże fascynujące odbicie w oknie. Wyglądała tragicznie, aczkolwiek spodziewała się, że już po pierwszym dniu w szkole Reiji zrezygnuje z pomysłu zrobienia z niej wzorowej uczennicy i nie będzie psioczyć, jeśli skreślą ją z listy podopiecznych. Nawet jeżeli zdobyłaby się na dalszą edukację, znalazłaby jakąś pracę i tak dalej… niewątpliwie przy przeprowadzce zostałaby zamordowana. Sakamaki zachowywali się niczym zwierzęta i prawdopodobnie nie pogodziliby się ze stratą swojego jedzenia.
            Ponadto miała dostęp do wody pitnej, produktów spożywczych i środków higieny, nie musiała sprzątać dzięki służbie, dach nad głową też był… Czego chcieć więcej? To korzystny interes. Niektórzy za cały pakiet takich warunków życia oczekują sprzedaży nerki!
            Odwróciła spojrzenie od szkła i przeleciała wzrokiem po obecnych. Jeszcze niedawno byli gotowi ganiać się z nią po domu, a teraz grzecznie siedzą i milczą? Dziwne.
 – Oi, Chichinashi – dobiegł ją znajomy zaczepny głos.
 – Co, Pedalskowłosy? – Zanuciła wdzięcznie. Nawet ciutkę się cieszyła, że ktoś zdecydował się do niej zagadać. Ta cisza za bardzo trąciła jadem i melodramatyzmem.
 – Tch. Wiesz, że zwracasz się do Ore-samy, głupia decho? – Widząc, jak się do niej przysuwa, wycofywała się coraz bardziej w kąt. Szkoda tylko że Ayato nie wychwycił aluzji i z każdą sekundą był bliżej niej.
            Zapamiętać: Nigdy nie siadać koło tego ćwoka. Nawet przy jedynym wolnym miejscu. Może skutkować brakiem przestrzeni osobistej.
 – Suń się... – Mimo że z początku była w stanie wręcz uciec z auta, to instynkt kazał jej przeć do przodu. A w sumie to wolała być jak najdalej od niego, ponieważ… gostkowi przydałby się mózg, a do tego ktoś, kto by porządnie go ubrał. I akurat w tym momencie nie przesadzała – marynarka leżała na nim niezapięta, jakby nosił ją jako bluzę. Albo po prostu pies najpierw mu ją wszamał i zwrócił, a jego właścicielowi nie chciało się jej zapinać po tym smutnym wydarzeniu. To też niezłe wytłumaczenie. Koszulę zostawił rozpiętą do połowy, krawat potraktował jak szalik… Nie nauczyli go poprawnie zakładać ciuchów?
            W każdym razie… nie przywykła do oglądania roznegliżowanych facetów, zwłaszcza przez katolicką wiarę panującą w jej familii. Dlatego półnagi tors Ayato wywołał u niej zawstydzenie. Odwróciła się w przeciwną stronę, usiłując ukryć rumieniec.
 – Ja ci dam „suń się”, ty mała–
            Z trudem powstrzymała się od westchnięcia z ulgą, usłyszawszy huk zamykanej książki Reijiego, który zakończył tę ni to kłótnię, ni to normalną konwersację. Wypieki na twarzy zdążyły już zaniknąć na tyle, by nie musiała siedzieć z twarzą zwróconą ku oknie.
 – Zachowujecie się karygodnie. Jeżeli zamierzacie gdziekolwiek zakłócać spokój swoimi bezsensownymi dyskusjami, róbcie to w swoich pokojach lub gdzieś, gdzie tego nie usłyszę. – Ciemnoczerwone tęczówki okularnika mogłyby miotać w tej chwili piorunami.
            Spuściła wzrok skarcona, lecz zanim to zrobiła, uchwyciła kątem oka, jak Ayato się od niej odsuwa wracając na swoje poprzednie miejsce. Usłyszała krótkie prychnięcie i przez resztę podróży się do niej nie odezwał. Kolejny raz wydał jej się obrażony jak dziecko. Poczuła z nim pewną nie do końca dla niej jasną nić porozumienia.

***

            Kiedy już dotarli do szkoły, Reiji wyjaśnił dziewczynie w skrócie, gdzie zaczynają się jej zajęcia i kogo ma pytać o ewentualną pomoc. Oczywiście nie omieszkał wspomnieć, że nie chce, by narobiła mu wstydu i że jest obserwowana, więc w razie próby ucieczki zostanie surowo ukarana. Miała ochotę wywrócić oczami, ale wysłuchała go posłusznie z zaciśniętymi zębami.
            Wedle jego wskazówek powinna trafić bez problemu do klasy, w której wkrótce zaczynała się lekcja japońskiego. Szczęście jednak jej nie sprzyjało i otworzyła drzwi do zupełnie innej sali, niż przewidywała.
            Od razu omiotła ją fala ciekawskich spojrzeń. Przez chwilę stała w osłupieniu, wpatrując się w zgromadzonych uczniów ze wzajemnością. Co powinna powiedzieć?
 – E-etto… – Wykrztusiła z siebie drżącym głosem. – Jestem tu nowa. Yoroshiku onegaishima–
 – Huh? Jak to? – Zdziwił się mocno jeden z czarnowłosych chłopaków. – Oi, pani przewodnicząca coś o tym wie?
            Uśmiechnął się wrednie i odwrócił do tyłu w kierunku dziewczyny z prostymi włosami, definitywnie źle pofarbowanymi na ombre – przedzierały się przez nie liczne żółte pasma. Fryzjer musiał płakać, jak się nimi zajmował.
 – Haa? Ja? – Uniosła brew. – Fakt, miała być jakaś nowa uczennica od Sakamakich, ale nie w naszej klasie.
            Zwróciła się do Cantarelli, która starała się nie pokazywać, że żal jej opłakanego stanu rówieśniczki. Nie tylko włosy jej skrzywdzili, twarzy również nie oszczędzili… Z toną tapety wyglądała jak pusta lala, która przesadziła z solarium. Aczkolwiek Komori nie powinna się do niej zrażać z tak błahego powodu, prawda?
 – Sakamakich? – Przeleciał szmer po klasie. Czyżby inni uczniowie zdawali sobie sprawę, kim tak naprawdę są ich koledzy i do czego są zdolni? Na pewno ułatwiłoby jej to życie. Jeśli Reiji nabrałby  chęci, by ją ubiczować, może ktoś z ludzi ruszyłby jej na ratunek? W pojedynkę raczej nie dałaby rady wampirowi.
 – Spokój! – Krzyknęła przewodnicząca i nagle zapadła cisza jak makiem zasiał. Musiano darzyć ją wielkim respektem. – Jak mówiłam, nie należy do naszej klasy.
            Wzruszyła ramionami, krzyżując ręce pod piersią, jakby miała na to do reszty wylane. Nastolatka zamrugała oczami, nie spodziewając się takiego obrotu spraw. Nie musiała jej pomagać, jednak była przekonana, że jak na kogoś ważnego w samorządzie szkolnym (tak wywnioskowała, bo nie każdy lider klasy pewnie wiedział o przenosinach uczniów) przystało, okaże jej życzliwość. Pomyliła się.
 – Co tak stoisz jak słup soli? Idź do swojej klasy! Reiji chyba powiedział ci, która to? – Odgarnęła włosy, lustrując ją piwnymi oczyma pełnymi pogardy.
 – Tak, powiedział. – Blondynka odparła chłodno i odwróciła się na pięcie. Nie mogła jednak powstrzymać się od pocisku w stronę osoby, która potraktowała ją niczym szmatę. – I przy okazji powiedział też, żebyś uważała na swój stołek. Może jakaś noworoczna ci go zabierze ~
            Wyszła z klasy, zostawiając oburzoną królową w towarzystwie jej pachołków.


            W wyniku całego zamieszania spóźniła się na lekcję o blisko dziesięć minut. Przezorny zawsze ubezpieczony, więc rzuciła okiem na tabliczkę z nazwą klasy. 3 Tym razem się nie pomyliła.
            Oczywiście jak tylko weszła do sali, nauczyciel przedstawił ją reszcie uczniów. Przykazał też, by zajęła wolne krzesło. Standardowe procedury – wymuszone i niepotrzebne… Jeśli ktoś chciałby ją poznać, mógłby przecież sam podejść i zapytać o jej imię.
            Cały dzień upłynął jej w milczeniu. No, prawie. Czasem rzucała mimowolne „dzień dobry”, gdy napotykała jakieś ciało pedagogiczne. Jej znajomi z klasy nie odezwali się do niej ani słowem, czasami słyszała jedynie szepty i chichoty. Była pewna, że wszystkie te nieprzyjemności padały konkretnie w jej kierunku… Może niesłusznie, ale nie potrafiła wyzbyć się poczucia bycia innym, niepasującym fragmentem układanki.
            Jednakże przyzwyczaiła się już do takiego traktowania. Nie zdziwiła się, dawno temu przyjęła do wiadomości, jak świat młodzieży spogląda na takich jak ona. Dlatego sposępniała i stała się cicha jak myszka.
            Nawet pod koniec dnia nikt się do niej nie zbliżył. Z sali zawsze wychodziła na końcu, bo nie lubiła pchać się wraz z tłumem do drzwi. Teraz ta sytuacja także wielokrotnie się powtarzała.
            Ostatecznie została sama ze swoim zeszytem, piórnikiem i resztą przyborów. Puste pomieszczenie nabrało nienaturalnego chłodu i doszła do wniosku, że nadszedł najwyższy czas się zwijać. Szofer nie będzie czekać wiecznie, a wolała nie wracać do domu na piechtaka.

            Spakowała się do plecaka i jeszcze raz rozejrzała się, aby sprawdzić, czy na pewno wszystko zabrała. Jej wzrok nie napotkał niczego takiego, zatem pozostało jej tylko wzruszyć ramionami i opuścić teren szkoły.
            Zanim jednak zarzuciła plecak na ramię, coś dosyć niecodziennego przykuło jej uwagę. Bo to raczej nie należy do rutyny, by dosłownie wszystkie światła w klasie pomimo ładnej pogody zaczęły migać jak popieprzone, no nie?
            Zmrużyła oczy podejrzliwie. Duchy? Marny żart przewodniczącej? Albo może rzeczywiście mają tutaj problemy z zasilaniem?
            Powinnam obczaić generator, chociaż… nie wiem, gdzie jest. Ale pewnie któryś z psorów będzie wiedzieć!
            Niezbyt leżało jej troszczenie się o biznes tej placówki, aczkolwiek w rankingu najgłupszych śmierci plasowała się zdecydowanie ta wynikająca z niepoproszenia o pomoc. Źle by się czuła, gdyby ktoś niewinny przez nią zginął. Lepiej zginąć po przyznaniu, że coś jest nie tak, niż umrzeć za własną dumę i tchórzostwo. Przynajmniej według niej.
 – Oi.
 – Kyaa…! – Spłoszona głosem, który dobiegał kilka centymetrów od jej ucha, złapała odruchowo najbliższe krzesło i rzuciła nim w…
 – Nie drzyj się tak! – Szczęśliwie czerwonowłosy wampir uniknął lecącego na niego drewnianego przedmiotu. To jest… Szczęśliwie dla niego. Jej by to nie przeszkadzało, gdyby pod tym ślicznym Ayatowym zielonym oczkiem pokazało się limo. Zasłużył sobie za dzisiaj. – Pogrzało cię z tym krzesłem?!
 – Po-pojawiłeś się tak nagle i… – Bąkała speszona, lecz przerwała, kiedy na twarzy chłopaka pojawił się kpiący uśmiech, zastępując wcześniejszą zarazem zszokowaną i rozgniewaną ekspresję.
 – Myślałaś, że zaraz wyskoczy jakiś potwór i cię zje? – Zaśmiał się, patrząc na nią z wyższością. Wzruszył ramionami zniecierpliwiony. – Wiesz, przyszedłem tu specjalnie po ciebie, więc pospiesz się i chodź.
 – Huh? Naprawdę? – Zamrugała oczami, nie dowierzając. Za to jakoś cieplej na sercu się zrobiło. Tego koszmarnego dnia chociaż jedna osoba o niej pamiętała.
 – Ta. Co tu robisz o tej porze? Wszyscy już poszli. – Skrzywił się Ayato. Chyba tak samo nie znosił szkoły jak ona. Mogliby urwać się kiedyś razem z zajęć. To brzmi jak… zajebisty plan! W McDonaldzie nie dobierze się jej do żył, jeśli pragnie utrzymać swoją naturę w tajemnicy, a zapewne tak było.
 – Nie przepadam za pchaniem się z resztą jak stado słoni pędzące do wodopoju. – Westchnęła ciężko blondynka.
 – A mnie się wydaje, że próbowałaś uciec. – Odparł pewny siebie.
            Otworzyła buzię. Szybko ją jednak zamknęła. Tak czy inaczej jej nie uwierzy. Po co ma na darmo strzępić język?
 – Heh. Sądząc po twojej minie, miałem rację? – Kontynuował bez cienia wątpliwości w głosie.
            Patrzcie go, jaki z niego Sherlock Holmes! Po prostu detektyw jedyny w swoim rodzaju. Każdy jego argument jest inwalidą i w dodatku robi z logiki kurwę. Nie miałabym przecież gdzie się podziać, jeśli bym uciekła.
 – Wiesz, w jakiej jesteś pozycji?
            To pytanie sprawiło, że straciła odrobinę fason. Ale raczej jaskółki nie uskuteczniała… Pewnie chodziło mu o „straconą pozycję”. Nie powiedziała tego głośno, aby nie dobijać się dwa razy bardziej. Strzeliła jedynie teatralnego facepalma i odparła niedbale:
 – Dobra, kapuję. Możemy już iść? A, i jedna sprawa: skoczę do pokoju nauczycielskiego, żeby ogarnęli prąd. – … inaczej może nas wszystkich pozabijać.
            Uniósł jedną brew, przyglądając jej się z uwagą. Czyżby… miała coś na twarzy?
 – Ty naprawdę nie rozumiesz. – Syknął przez zęby. Czemu wpadł w takiego rage’a?! Przecież nic nie zrobiła! – Skoro jesteś ofiarą, musisz posłusznie oddawać swoją krew.
 – No na pewno nie tobie, walnięty knurze. – Zażartowała, jednak spoważniała, widząc, jak kąciki jego ust nie unoszą się ku górze i ruszyła do wyjścia. – To Shuu wybrałam.
– Oi. – Zanim zorientowała się, o co może znowu biegać, stała przyparta do ławki. Mogła się jedynie ratować przez… wywrócenie fikołka do tyłu. Niewiele jej to jednak pomogło. Ona się cofała, przeskakując przez ławki, a on brał je do rąk i przenosił za siebie. Śmieszne.
Jej próba ucieczki skończyła się przy ostatniej ławce. Jasne, mogła zaryzykować i pomknąć ku oknu, by następnie z dzikim okrzykiem „Geronimo!” skoczyć z trzeciego piętra… ale warto by było łamać sobie wszystkie kości? Z dwojga złego wolała zostać tutaj. Najwyżej wpadnie w anemię i nie połamie sobie kręgosłupa.
 – Nadal nie rozumiesz, że mam gdzieś tą głupią umowę? – Zadrżała, słysząc, jak kładzie energicznie ręce po obu stronach jej ciała. Był stanowczo za blisko. Zdążyła odwrócić się do niego tyłem i nie spoglądać mu w te jego... cudne oczęta i… nie patrzeć na te skłaniające do delikatnego przeczesania potargane włosy. Wtedy to już zupełnie wyglądałaby jak burak.
 – A~ah, umieram z pragnienia. A wszystko przez ciebie i twój zapłon muchy w smole!
            Sekundę później poczuła, jak chwyta ją za ramię i zsuwa z jej szyi kokardę, a potem rozpina po omacku jej bluzkę. Pierwszy raz doświadczyła czegoś takiego.
 – H-hej, nie musisz mnie od razu rozbierać! – Zapiszczała zażenowana, rzucając się jak śnięta ryba.
 – Zamknij się wreszcie! Jesteś strasznie upierdliwą ofiarą. – Warknął w odpowiedzi Ayato, na co jeszcze bardziej zaczęła się szamotać.  Może i brakowało jej trochę ogłady, aczkolwiek nie zamierzała ot tak dać z siebie wysysać posokę i to jeszcze byle krwiopijcy! Nawet jeśli i tak przegra… to nie bez walki.
            Musiała przyznać – parę w łapach to on miał. Bez trudu złamał jej opór. Już podczas pierwszego spotkania udało jej się zauważyć tę nadludzką zdolność.
            Jakby tak drążyć temat jego teraźniejszego ataku to… poniekąd częściowo jej wina. Może gdyby nie  zamieszanie w samochodzie, nie przyszedłby tutaj z planami wyrządzenia jej krzywdy. Ale co ona się oszukiwała? I tak by tu przylazł, ponieważ sam mówił o doskwierającym mu pragnieniu, a do tego nie trzymał się w ogóle zasad. Nie obchodziła go nawet spora szansa przyłapania go na wysysaniu z niej krwi! Lub… grono pedagogiczne i uczniowie byli przyzwyczajeni do takich widoków?
 – Ehehe, twoja skóra wygląda kusząco bez żadnych śladów ugryzień… – Usłyszała jego głos w prawym uchu, co sprawiło, że ogarnęła ją fala gorąca.
Za blisko… I jeszcze straciła „odrobinę” charakteru – obecnie potrafiła jedynie poruszać ustami, choć było to raczej nerwowe drżenie niezbyt zależne od jej woli. Stała się potulna niczym owieczka, nic dodać, nic ująć.
 – … a to oznacza, że będę pierwszy. – Westchnął jej prosto do ucha. Zacisnęła powieki bezradnie. – Ha, nie wytrzymam dłużej… Zjem cię tu i teraz.
 – Zje-zjesz?! – Wyjąkała, trzęsąc się cała. Jest kanibalem?! Momentalnie owładnęła nią panika. Jest różnica między opróżnianiem czyichś żył a pozbawianiem kogoś sprawnego ucha!
 – Właśnie tak…
            Wydarła się, ale zupełnie odruchowo, nie z przerażenia. Oczami wyobraźni widziała, jak odrywa jej łeb i przerabia go na swoje trofeum. Ledwo powstrzymała się od wyrażenia swojej ulgi, gdy poczuła, że dalej może kierować pozostałymi częściami ciała. Tylko coś mokrego spływało po lewej stronie jej szyi…
Ayato uwiesił się na niej i wbił swoje kły najwyraźniej bardzo głęboko, skoro przeszło przez nią mrowiące uczucie podobne do tego przy wbijaniu przez pielęgniarkę strzykawki pomnożone dwa razy. Niemiłe, acz do zniesienia. Gorzej z tymi odgłosami ssania. Nie mógłby być trochę ciszej? Na razie brzmiał jak odkurzacz, a to raczej nie sprzyjało jej w ukrywaniu rumieńców…
 – … Pyszne. Co jest… – Mlasnął zdziwiony, przerywając na chwilę osuszanie jej z posoki, po czym ponownie poczuła charakterystyczny napór jego kłów, tym razem niżej.
            Nie umie zdecydować się na jedno miejsce? Będę cała pogryziona!
            Po dłuższej chwili dostała zawrotów głowy, najprawdopodobniej od łapczywego chlania pewnego jegomościa, który za nią stał i ani trochę nie zwolnił uchwytu na jej ramieniu. Zaczynała drętwieć, toteż postanowiła mu przeszkodzić i zakończyć ten „Dzień Dziecka”.
 – Starczy! – Odepchnęła go, uderzając go wolnym ramieniem, jednak mało efektywnie, ponieważ cofnął się o zaledwie kilka kroków.
            Ostentacyjnie się oblizał, jakby chciał odstawić jakieś porządne przedstawienie, delektując się jej reakcją. Spojrzała na niego zniecierpliwiona, kładąc rękę na jątrzącą się ranę i próbując w ten marny sposób zatamować krwawienie. Powoli ciemniało jej przed oczami. Gość definitywnie nie wiedział, kiedy przestać. Dalej był głodny? Albo… działało to na niego jak browar na alkoholika?
 – Zgłupiałaś? Będę robił, co mi się podoba. – Zaśmiał się, w pełni eksponując swoje uzębienie. – Jeśli dalej będziesz tak kozaczyć to będzie tylko bardziej boleśnie.
            Zacisnęła wargę w wąską linię, a jej oczy zaszkliły się od łez. Ledwo stała. Gdyby nie ławka z tyłu, z pewnością osunęłaby się na ziemię. Teraz nie miała nawet szansy na ucieczkę. Pozostało jej liczyć na jego łaskę. Nie mogła nic poradzić na swój los i przez to nabrała ochoty, by krzyczeć aż do zdarcia gardła. Ale kto by się nią przejął? Jej koledzy i koleżanki chodzili po mieście, bawiąc się w najlepsze, natomiast nauczyciele i tak nie usłyszeliby nic z trzeciego piętra.
 – Hehe, czemu płaczesz? – Zapytał cynicznie chłopak nadal odrobinę umazany jej krwią. – Ten wyraz twarzy… tylko bardziej mnie nakręca.
            To masz naprawdę dziwny fetysz, gnoju!
            Z jego jaskrawozielonych tęczówek wyczytywała jedynie żądzę. Jak w ogóle mogła pomyśleć, że na dnie serca jest zupełnie inny?! Ta głupia wiara ją kiedyś zgubi.
 – Poza tym… smak twojej krwi nie jest wcale taki zły. Właściwie twoja krew jest lepsza niż jakakolwiek, której próbowałem. – Nie wiedziała czy rozmawia sam ze sobą, czy mówi to do niej. Ona i tak już traciła kontakt ze światem i oczy zamykały jej się mimo woli. – Heh, pora posiłku będzie od teraz o wiele przyjemniejsza.
 – Przestań… – Wysapała słabo, usiłując utrzymać się w pozycji stojącej.
 – Uważaj, bo cię posłucham. – Uśmiechnął się ironicznie i podszedł do niej, by kontynuować wypijanie jej esencji życiowej.
Nie miała siły się bronić. W uszach dudniły jej intensywne dźwięki wydawane przez oprawcę i uczucie uchodzącej z niej szkarłatnej cieczy. Część posoki lądowała na żeńskim mundurku, część zostawała zgarnięta przez język krwiopijcy, a część… Spojrzała w dół i otoczenie zaczęło niespodziewanie wirować. Nie myślała logicznie. Chciała, żeby to wszystko dobiegło końca. Pal licho zemstę, życie ważniejsze!
 – Już mi nie uciekniesz. Rozumiesz?





Zachowuje się, jakby sprezentowano mu nową zabawkę:
Pokazuje tę swoją słodką minkę
A potem okrutnie się uśmiecha.
Pije ze mnie, nie dając mi ani chwili wytchnienia.
Stopniowo tracę nadzieję.
Nie odzyskam wolności.
Ale tak sobie myślę
Czy da się odzyskać coś, co nigdy  nie należało do nas?


_______________________________________________________________________________
 
Cześć!

To na razie ostatni rozdział, jaki zdążyłam napisać i w związku ze szkołą nie wiem, kiedy wstawię kolejny;; Tak czy inaczej mam nadzieję, że dobrze się bawiliście przy jego czytaniu! W porównaniu do poprzedniego... jest krótki, ale jest.

Ze spraw organizacyjnych: Playlista wstawiona i podlinkowana w dziale "Muzyka", przypisy uporządkowane, to samo tyczy się słowniczka. Jeżeli zdążę to wstawię przynajmniej część spisu bohaterów w tym tygodniu, jeśli nie – zrobię to po ogarnięciu następnego rozdziału. Nie chcę, żeby wam się wszystko pomieszało, dlatego wolę umieścić najpierw informacje o postaciach, a dopiero potem zabrać się za publikację nowego rozdziału.

Szykuję też coś w stylu specjału po kolejnym rozdziale (i nie, to nie będzie żaden przerywnik w fabule jak na razie, tyle mogę zdradzić), jednak potrzebuję popracować nad wieloooma rzeczami, a to oznacza bliżej nieokreślony termin wydania X"D

Red Queen