Im bardziej Cię kocham,
Tym
bardziej kusi mnie, by pochłonąć Cię całą.
A
kiedy już stanę się z Tobą jednym ciałem
Czy
ta żądza, ten ból odejdą?
Im
bliżej jestem, tym bardziej się od Ciebie oddalam.
Twój
obraz majaczy mi przed oczami
Niczym pustynna iluzja.
– Lord Richter
Dzień
ten nie należał do najpiękniejszych. Niebo było sine, toteż łatwo dało się
wywnioskować, że prawdopodobnie zbliża się nieprzyjemny wieczór.
Tylko patrzeć, aż zacznie padać i grzmieć. –
Pomyślała kąśliwie szesnastolatka. Że też akurat dzisiaj kazano przyjechać jej
w obce strony!
Wiatr, który
dotarł do wnętrza samochodu przez otwarte okno, delikatnie poruszył jej wolnymi
włosami układającymi się w fale. Przynajmniej chłodny wiaterek okazał jej trochę
dobroci… Przymknęła oczy.
Nawet nie
zauważyła, kiedy pojazd się zatrzymał. Rozejrzała się po okolicy sceptycznie.
Raany, co za zadupie… Jeden dom na krzyż, z
przodu las, z tyłu las… Lepiej być nie mogło.
Jęknęła
przeciągle, wysiadając z auta. Spojrzała na telefon. Ledwo dwie kreski zasięgu.
Nieźle.
Zgadując, pewnie sam monopol leży gdzieś
kilka kilometrów stąd, co? Nie spodziewałam się apartamentu, ale mieszkanie w
Narnii to chyba lekka przesada.
W tym czasie
kierowca zdążył wszystko wypakować, więc niebawem obok niej pojawiła się jej
ulubiona wiśniowa walizka, na którą położył od razu materiałowy kuferek dla
łatwiejszego transportu. Co dziwne mężczyzna nie odezwał się do niej ani
słowem. Także wtedy gdy sama pół żartem, pół serio rzuciła luźną uwagę o
pomyłce na mapie, nie wierząc do końca, że to tu miała się udać.
Nie podoba mi się to. – Zmarszczyła
brwi, rozglądając się wokół.
Nim jednak
zdążyła coś zrobić, nieznajomy wszedł do samochodu i odpalił silnik. Maszyna
ruszyła z piskiem opon.
– Hej, czekaj! – Przez jakiś czas biegła za
pojazdem, ale gdy przyspieszył, straciła go z oczu.
Zatrzymawszy
się, oparła dłonie na kolanach i zgięła się, próbując złapać oddech. Gdy
wreszcie go odzyskała, wyprostowała się i wykrzyczała, unosząc pięść w geście
groźby:
– Tch, nie to nie! Sama sobie poradzę, nie
wracaj tu więcej!
Wiedziała,
że i tak jej nie usłyszy, a co najwyżej jakiś przechodzień weźmie ją za
wariatkę paplającą do siebie z braku innego towarzystwa. Była jednak diabelnie
sfrustrowana i po tym głupim ryknięciu trochę jej ulżyło. Była zła na
wszystkich: na bezczelnego kierowcę, na porę dnia, na pogodę, a przede
wszystkim na własną bezradność…
Pokręciła
głową, wciąż nie mogąc pogodzić się z pozycją, w jakiej się znalazła. Środek
jakichś Pizdoklepek Dolnych, a do tego jeszcze nie wiedziała dokładnie, gdzie
się znajduje dom, w którym miała zamieszkać. Ten podejrzany facet mógł ją nawet wyrzucić z
dala od jakiejkolwiek cywilizacji!
Trudno. Trzeba
wziąć się w garść. Inaczej będzie musiała spać na środku jezdni, ugh.
Chwyciła walizkę.
Zdążył już zapaść zmrok i ciężko było zauważyć cokolwiek, więc zmrużyła oczy
dla lepszego widzenia. Dostrzegła maleńkie światełka w oddali. Nic poza tym.
Panie Boże, oby to nie było ostatnie, co
zobaczę. – Modliła się w duchu. Za młoda była, żeby umierać!
Ku jej uldze
światełka te okazały się pochodzić z lampy ulicznej. Jej wzrok przeniósł się
trochę na lewo i blask padał wprost na… dom! Pytanie czy właściwy. Miała
kolejny raz farta, bo ktoś tam na górze przypomniał sobie o niej i zesłał jej
także randoma, którego mogła spytać o radę.
– Hm? – Nie dała rady powiedzieć czy
przechodzień to kobieta, czy mężczyzna przez prawie wszechogarniający mrok, za
to była przekonana, że usłyszała zdziwienie w jego głosie. – To jedyny dom w
okolicy. Ale… proszę uważać, ta posiadłość ma opinię nawiedzonej. Rzadko
ktokolwiek się tu zapuszcza.
Przy dwóch
ostatnich zdaniach ściszył się tak, że blondynka z trudem wyłapywała jego
słowa. Oczywiście podziękowała, bo tak wypadało, choć nie mogła powiedzieć, że
jego odpowiedź ją uspokoiła. Przeciwnie. Aż dygotała z wrażenia.
Lubiła oglądać
horrory, ale kiedy to jej przyszło się zmierzyć z tym, co kryje się za
drzwiami, do ekscytacji dołączył lęk. W filmach wszystko było przewidywalne…
Lalka? Przeklęta. Obcy? Na wolności. Martwy? Nie do końca. Rzeczywistość była o
wiele bardziej skomplikowana.
Uwagę
nastolatki przykuły ćmy latające wokół źródła światła. Były zupełnie jak ona. W
końcu kto nie wykorzystałby szansy na zyskanie ciepłego kąta? Jej też nie
widziało się przebywać ciągle na zimnym dworze.
Osobiście nie
spotkała nigdy dotąd żadnego upiora, więc… więc faktycznie może to tylko
opowiadania starych bab? Do diabła z tym! Znowu sobie coś uroiła, takich rzeczy
nie ma. Durna bujna wyobraźnia.
Nurtowało ją
jedno: Jakim sposobem jej krewni naprawdę tutaj mieszkają? Nie sądziła, że ma
tak… ekscentryczną familię, która woli życie z dala od cywilizacji. Czyżby
jacyś hipisi?
Dom raczej nie
był duży, prezentował się ładnie, choć odrobinę staroświecko z tymi drewnianymi
wykończeniami. Gdzieniegdzie po ścianach budynku pięły się rośliny, dokoła też
ich nie brakowało.
Właściwie
wyglądał niejako magicznie. Dzięki latarni oświetlającej posesję jasnowłosa
odniosła wrażenie, że stoi przed bramą do innego wymiaru. Ajajaj! Zdecydowanie
za dużo telewizji.
Brak
włączonych świateł w środku niepokoił ją, aczkolwiek… może lokator po prostu
jest zmęczony i śpi?
Chyba że…
ojciec kłamał. Nie, nie, to niemożliwe! Może i sprawiała parę kłopotów
wychowawczych, ale nie zostawiłby przecież córki w pustym domu!
Błyskawica
przeszyła niebo. Rozległy się potężne grzmoty.
– Kyaa…! – Dziewczyna podskoczyła odruchowo.
Nie mam wyboru. Muszę spróbować!
– Przepraszam? – Zapukała niepewnie do drzwi
odrobinę przerażona wizją następnych piorunów. Oby w nią nie trafiły, jejku…
Nikt
nie odpowiedział. Zrobiła się jeszcze bardziej nerwowa.
– Halo? – Zapukała jeszcze raz, tym razem
mocniej.
Brak odpowiedzi… Super. Nikogo nie ma. Czyli
co, sterczenie tutaj, dopóki ktoś mnie nie wpuści, jest jedyną opcją? Albo…
może rzeczywiście ten dom od dłuższego czasu jest niezamieszkany?
Ach… Jeden z
wiernych mówił kiedyś, że w podobnych miejscach chowają się potwory. Nah,
pierdoły.
Nagle
zatęskniła za bezpieczeństwem i opieką, jaką obdarzało ją całe grono kościelne…
Wróciła wspomnieniem do ostatniego spotkania z ojcem.
***
– Hę? Wezwano cię do
innego kościoła? Wyjeżdżasz już jutro?! – Podniosła głos przy ostatnim zdaniu i
głośny pisk odbił się od ścian kościoła, co spowodowało, że oblała się
gwałtownie rumieńcem i spuściła wzrok.
– Nie krzycz tak,
dziecko. Uspokój się, proszę. – Na czole mężczyzny w średnim wieku pokazała się
pionowa zmarszczka.
– „Uspokój się”?
Każdy by tak zareagował, jeśli znikąd dowiedziałby się o czymś takim! – Znów
podniosła głos, ale teraz już w jej oczach błyszczał wyłącznie gniew. Mężczyzna
westchnął zrezygnowany. – I to poza Azją? Dokąd cię wywożą?
Brała
go poniekąd na litość, jednak nie potrafiła przyjąć do wiadomości, że ktoś, z
kim spędziła większość swojej egzystencji, zostaje jej odebrany przez pracę. Na
jej twarzy malował się ból i żal, a jej paznokcie odruchowo wbijały się w skórę
dłoni.
– Hm… prawdopodobnie
chodzi o wschodnią część Europy. – Odpowiedział z anielskim spokojem.
Co?!
Więc… Więc jakaś Ukraina, Rosja i Litwa potrzebują go bardziej niż jego córka?!
– Cz… Czemu akurat
tam? – Wykrztusiła, usiłując powstrzymać napływające jej do oczu łzy.
– Ach, gdy byłem
młody, spędzałem tam sporo czasu. – Wyjaśnił jak gdyby nigdy nic Seiji. – To
wezwanie od Kościoła przyszło dość niespodziewanie.
– W takim razie… Kto zajmie twoje miejsce?
– Na pewno znajdzie
się jakiś chętny na moje stanowisko. – Odparł jednocześnie z pokorą i
smutkiem. – Co ważniejsze ty zostaniesz
w Japonii.
– Hę? – Popatrzała na
niego ze zdumieniem. Dlaczego mieliby się rozstawać? Wyjazd z rodzinnego kraju
to jedno, ale opuszczenie niepełnoletniej córki to już przegięcie…
– Cantarello, proszę…
posłuchaj mnie uważnie. Ja… nie mogę zabrać cię ze sobą. – Spojrzał na nią tak
twardo, jakby jego serce zamieniło się w kamień. – Nie możesz ze mną jechać.
– Ale...!
– Ale...!
– Nie możesz! – Nagłe warknięcie rodziciela zbiło ją z
tropu.
On… Nie chce, bym się stąd
ruszała. Ale… z jakiego powodu?
– Ojcze…? – Wydukała cicho.
– Wybacz… – Na powrót
złagodniał. – Pozostawienie cię tutaj… jest dla mnie bardzo bolesne. Ale… to
dla twojego dobra. Zrozum.
Ha-ha! O mało ci nie uwierzyłam. – Łatwo się było domyślić, że usiłuje ją
zwodzić na manowce. Normalnie nie plątałby się tak w zeznaniach i opowiedziałby
jej wszystko ze szczegółami jak zwykle.
– Uch… zostawisz
swoją jedyną córkę samą? „Dla jej dobra”? – Teraz już tylko nosiła maskę
urażonej. W gruncie rzeczy obmyślała plan, jak wyciągnąć z niego kluczowe
informacje.
– Ach… – Wyglądał na totalnie przybitego, co go
jednak nie usprawiedliwiało. Nie mogła odpuścić.
– Nie możesz tego odrzucić?
– Nalegała niewinnie.
– Długo nad tym
myślałem i… to zadanie, które jedynie ja mogę wykonać. Nie mogę tego odwołać.
– Jakie zadanie? –
Skrzyżowała ręce pod piersiami. Był w bliskich kontaktach z Kościołem, ale żeby
aż tak?
– Ach…! – Zachłysnął
się i minęła dobre kilka sekund, zanim odzyskał fason. – Nieważne. Tak czy
inaczej odpowiednio się na to przygotowałem i masz zapewnione dogodne warunki
do życia tutaj. Jutro w nocy wyjeżdżam. Twoja walizka jest już spakowana.
Zaufaj osobie pod tym adresem.
Podał
jej karteczkę z krzywo nakreślonymi znakami. Słabo umiała czytać po japońsku,
ale coś wyłapywała z tych krzaczków.
– Kto to jest? –
Spytała, mając nadzieję, że dowie się czegoś więcej.
– Nigdy ci o nim nie
wspominałem, ponieważ jesteśmy w nie najlepszych relacjach. Dom należy do mojego
dalekiego krewnego. Jest związany z Kościołem, zatem powinien zrozumieć
okoliczności. Nie pozwoli wyrządzić ci krzywdy i będzie o ciebie dbać, dlatego
możesz traktować go jak drugiego ojca.
– W porządku. –
Pokiwała głową ze zrozumieniem, chociaż miała złe przeczucia.
***
Tak jak myślałam. Nawet jeżeli nie powinnam,
trzeba mi było jechać z ojcem. Od początku nic się nie układało: zgubiona
wizytówka, mało rozmowny kierowca, pogaszone wszędzie światła i środek pola bez
żywej duszy… A ten facet, który ma mnie gościć to pewnie jakiś zwyrol lubujący
się w nazywaniu go „Sugar Daddy”.
Zbiera mi się na pawia na myśl o tym, jak dałam im się z łatwością
oszukać! Mimo to… ostatecznie to wola mojego ojca. Uwierzyłam mu. Tylko jaki
miał w tym cel? Po co wysadzili mnie
tutaj i to kilkaset metrów od domu? Czyżby… bali się czegoś? Na sto procent ma
to związek z zadaniem mojego ojca. Jak na zwyczajnego człowieka pomagającego w
parafii nieźle na nim polegają, hm…
Znienacka usłyszała skrzypnięcie
drzwi, które ku jej zdziwieniu samowolnie się otworzyły.
To tak jakby… Zapraszały mnie do środka.
Welp. Przynajmniej były bardziej gościnne niż ten, kto ich na co dzień
używa. – Zaśmiała się w myślach. Nawet w takim momencie trudno było jej
powstrzymać się od żartów.
Wpadła na pokręcony pomysł, ale
miała już po dziurki w uszach obecnej atmosfery, która ją przytłaczała i
zdawała się zgniatać raz po raz jej wątłe ciało.
Pukając… nie, raczej okładając
biedne drzwi pięściami, zaczęła wydzierać się wniebogłosy:
– Haloo…?! Jest ktoś
w domu?! Policja, nie ruszać się, jesteście otoczeni!
Odpowiedziała
jej ponownie głucha cisza, chociaż udało jej się wypłoszyć z lasu ptaki.
Mocarna jestem… Tylko szkoda
zwierząt. Ale teraz przynajmniej z czystym sercem wiem, że nikogo wewnątrz nie
ma.
Popatrzywszy jeszcze raz na
drzwi, postanowiła wejść do środka dziarskim krokiem.
Nie wbiję im z buta i nie
rozwalę drzwi, więc chyba nie będą mnie szkalowali… – Pociągnęła śmiało
walizkę za sobą.
***
Jestem w środku, ale… słaby ten komitet
powitalny. – Od wejścia od razu
rzuciły jej się w oczy dwa gargulce stróżujące na piedestałach po jednej i
drugiej stronie schodów, zaś podłogę zdobił… aksamit? Jakiś czerwony materiał w
każdym razie.
Ojej… Nawet balustrady schodów są drewniane!
Ktoś tu musi mieć fioła na punkcie drewnianych dekoracji! – Pomyślała
rozbawiona.
Wnętrze
oświetlały dwie marne świeczki. Na ścianach wisiały stare obrazy, a piętro
podpierały marmurowe kolumny.
Dosyć…
osobliwy styl. Taki gotycki. Niektórych strach by obleciał, lecz nie ją – wiele
zwiedzonych przez nią świątyń było urządzonych właśnie w ten sposób. Zawsze to
jakaś miła odmiana od modernistycznych budowli odwiedzanych przez nią
codziennie.
Skoro drzwi się otworzyły… to jasne jak
słońce, że ktoś chce się ze mną pobawić w kotka i myszkę! Może są tu jakieś
ukryte kamery? – Badała oczami każdy zakamarek, przechodząc do dalszej
części posiadłości.
***
Korytarz,
który wybrała, okazał się prowadzić do salonu. Czy to już ten moment, w którym
należy krzyknąć „Przyszli goście!”? Nie no, do tego stopnia chamska to ona nie
będzie.
Zobaczmy…
Marmurowy kominek i rama wisząca
nad nim, standardowo schody z drewnianymi barierkami, kanapa, stolik do kawy i
fotele… Wszystko urządzone w tym samym stylu. Jedynymi pośrednikami światła
były dwa smukłe okna nieokryte żadnymi firanami.
Ktokolwiek to projektował, musi
mieć kupę forsy i specyficzne upodobania.
Przebiegła
wzrokiem po pokoju w poszukiwaniu kogokolwiek, kto mógłby być skory do rozmowy,
choć i tak nieszczególnie cokolwiek widziała i mogłaby się z łatwością potknąć
o czyjeś nogi.
Ech… Nikogo tu nie ma. Ojciec
musiał pomylić adresy, co nie jest wcale takie nienaturalne w jego wieku. –
Parsknęła do siebie, zakładając ręce za głowę.
Jak na
opuszczoną parcelę, nie odznaczała się ona pierzyną kurzu, jakby się nad tym
głębiej zastanowić… Na jak bardzo niegrzeczną wyjdzie, jeśli klapnie sobie na
fotelu, położy nogi na stół i na luzie poczeka na pokojówkę? Przecież i tak
ktoś musi tu sprzątać.
Ten dom jest zbyt zadbany, by mógł być do
wyburzenia. Ma tylko zepsute zamki i kiepską służbę, tak.
Może
jednak lepiej zadzwonić do ojca? Szybciej pójdzie.
Uśmiechnęła
się triumfalnie, wiedząc, że będzie mogła utrzeć mu nosa i poskarżyć się na
swoją niedolę. Spojrzała na swoje spodnie w poszukiwaniu telefonu, ale jej
uwagę zwróciła jedna rzecz, której wcześniej nie zobaczyła.
Niesforne kosmyki włosów
spoczywały na kanapie. Zbliżyła się wiedziona dziecięcą ciekawością.
Aw! Więc nie była tutaj sama
– błyskawica, która rozjaśniła pomieszczenie pozwoliła jej sądzić, że miała
tutaj towarzysza w postaci chłopaka i to nie byle jakiego!
– Siema! –
Przybliżyła swoją twarz do jego.
Jak można tak uroczo wyglądać, kiedy się
śpi, no jak?
Czy on
miał… różowe włosy? Wpadały gdzieś kolorem między intensywną czerwienią a
ciemny róż. Jakaś taka dziwna barwa. Może wina Venity, chociaż ona to raczej
na zielono się zmywa.
Powstrzymała się od chichotu. Nie wolno się
wyśmiewać z czyichś preferencji, prawda? Ktoś może wielbić sraczkowaty, a ktoś…
może uważać różowy za coś fajnego.
– Przepraszam…
On… nie
odzywał się. I nie słyszała jego oddechu. Przyłożyła ucho do jego ust.
On serio nie oddycha!
– Żyjesz? –
Spanikowana dotknęła jego dłoni, chcąc nią potrząsnąć, by go obudzić, przekonać
samą siebie, że nie stoi przed trupem… ale skóra chłopaka była równie zimna co
sopel lodu. Samą dziewczynę ogarnął chłód.
No nie, pewnie oskarżą mnie
teraz o morderstwo! Ale… Jak on właściwie zginął? Nie ma sznura na szyi,
podciętych nadgarstków ani niczego podobnego… Nawet nie czuć od niego
rozkładającym się truchłem. Więc możliwe że… otruł się?
Szkoda takiego ciacha, ale chyba
nie mogła już nic poradzić na to, jakiego dokonał wyboru. Kto umarł, ten nie
żyje. Niech spoczywa w pokoju, a światłość wiekuista niechaj mu świeci. Amen.
Znienacka
krew napłynęła jej do uszu i odniosła wrażenie, jakby zaraz miała się udusić.
Jej serce przyspieszyło tak mocno, że bała się o swoje żebra. Jego dudnienie
odbijało się w jej głowie, przez co nabrała ochoty, by zwymiotować.
Cho… Cholera… – Zacisnęła zęby,
gorączkowo łapiąc powietrze w nozdrza. Straciwszy większą część swoich pokładów
energii, przyklękła na jedno kolano.
– Gdzie się
podziewasz? Gdzie jesteś? – Rozległ się przytłumiony dojrzały głos
niewątpliwie należący do jakiegoś mężczyzny.
Odwróciła
się, by móc złapać choćby kątem oka jego sylwetkę, jednak… nikogo nie dostrzegła. A
może to ona już kompletnie oślepła? W każdym razie salon wydawał jej się, nie
licząc obecności dziewczyny i gnijącego nastolatka, pusty.
– Dostaję paranoi,
kurwa mać... – Szepnęła, śmiejąc się panicznie.
Ktoś definitywnie musi robić sobie ze mnie
jaja. Koniec tej zabawy w chowanego! W dupie mam czy wyląduję w sali
przesłuchań – dzwonię po gliny!
Wyjęła
z kieszeni drżącą ze zdenerwowania ręką udekorowany błyszczącymi naklejkami w
formie niewielkich klejnocików smartfon. Lecz przy wybieraniu numeru zawahała
się nieco. A co jeśli ten chłopak walczy właśnie o życie? Może lepiej będzie
wezwać i policję, i pogotowie…
Sekunda,
w której wcisnęła adekwatne okno na ekranie, zdawała się jej wiecznością.
Oby nie było za późno!
Z ulgą
powitała głos ratowniczki.
– Ch-chciałabym
wezwać ambulans i radiowóz policji. – Odchrząknęła, próbując pozbyć się chrypy.
– Prawdopodobnie ktoś otruł chłopaka w wieku szesnastu albo siedemnastu lat.
– Proszę podać adres.
– Adres? Um… Z tym
może być maleńki problem… Jestem nieopodal lasu i… – Zaśmiała się zakłopotana.
Plan wziął w łeb, musiała znaleźć inne rozwiązanie. – Mogłaby pani powiedzieć,
co powinnam zrobić? Włożyć mu dwa palce do buzi jak to robią sobie
anorektyczki?
Chętnie
zrobiłaby mu usta-usta i przywróciła w ten sposób do stanu przytomności, ale
kto wie, co ostatnio żłopał? Jeszcze sama padnie przez tę reanimację.
Aczkolwiek…
Jeżeli próby resuscytacji by się nie powiodły, zawsze można sobie strzelić
wspólną pamiątkową fotkę, co nie? Gorsze rzeczy wstawiano na Snapie, a
ponadprzeciętnie zakonserwowane ciało zasługuje na olbrzymią sensację.
Archeolodzy okrzykną ją bohaterką i zniknie z internetów po dwóch dniach gównoburz.
– Nn…
Dałaby
sobie rękę uciąć, że przed chwilą dobiegały jakieś odgłosy od martwego. Może
istotnie nie powinno się go jeszcze grzebać…
– Cicho bąądź. –
Została złapana za dłoń przez nieznajomego, co sprawiło, że z zaskoczenia
upuściła komórkę. Jak gdyby nigdy nic chłopak z naburmuszoną miną podniósł się
do siadu.
Tak żywy i sprawny mógł być tylko… zombiak!
Nie mam noża… Chyba że rozwalę go sandałem. Albo stołem.
Ujrzała
jadowicie zielone oczy, których nie miała sposobności widzieć przez zamknięte
powieki.
Aw, nie tylko ma łagodne rysy twarzy,
szerokie ramiona i silne ręce – nawet jego oczy są atrakcyjne!
– Ach? Co do chuja…
Czemu tak hałasujesz? – Mruknął wpółprzytomny.
– Jakbyś łaskawie
otworzył drzwi frontowe to by nie doszło do czegoś takiego! – Odszczekała się
bez namysłu. Zaraz… Przecież on…!
– Co… A, jesteś
dziewczyną. – Brawo, geniuszu. Odkryłeś
Amerykę. – Co tu robisz?
– Mogłabym cię spytać
o to samo. – Nadal trzymał jej nadgarstek w żelaznym uścisku. Aha, czyli
trenuje na siłce, potwierdzone info.
– Po prostu spałem.
Masz z tym jakiś problem? – Zmrużył kocie ślepia.
Grooźnie.
Przydałby się im teraz ring. Zapasy w kisielu brzmią jeszcze bardziej
rozrywkowo!
– Ciekawe jak mogłeś
spać, skoro nie oddychałeś. Chwilę temu… – Zacisnęła wargi. Nie powinna mówić
nic więcej. Za Chiny nie dogada się z tym tutaj. Lepiej będzie odejść w swoją
stronę.
– No? Co było chwilę
temu? – Owionął jej lewe ucho zimnym oddechem, co spowodowało u niej zerwanie
się na równe nogi. Osłoniła ucho ramieniem.
– N-nie rób te–
Zanim
się zorientowała, była już na kanapie. Uderzyła głową z impetem o oparcie,
ale zignorowała to. Czy to możliwe, że jej rówieśnik mógł mieć aż tyle siły, by
pociągnąć ją bez najmniejszego trudu w dół?
– Pchasz się jak owca
do jaskini lwa. W samą porę. Akurat zgłodniałem… – Uśmiechnął się, ukazując
zęby. Wśród nich przyuważyła… no, trzeba przyznać: specyficzne uzębienie. U
nikogo jak dotąd nie spotkała się z tak wyrośniętymi kłami. – Kolacja tuż po
przebudzeniu, haha.
Ostentacyjnie
się oblizał. Ugh. Obrzydliwiec jeszcze się tym chełpi.
Żałuję, że go kraszowałam. Muszę teraz oddać
swój mózg zombiakowi. Może jemu bardziej pomoże.
Tak naprawdę nie zamierzała
się poddać. To by było za proste. Jedynie samobójcy, którzy, nawiasem mówiąc,
są tchórzami, podejmują się czegoś takiego.
– Puszczaj mnie! –
Zaczęła wierzgać, próbując dosięgnąć choćby krawędzi stolika do kawy. Uch!
Czemu musi być tak daleko?!
Miała
przyblokowane nogi. Chłopak ją przejrzał i umieścił jedną z jej nóg pomiędzy
swoją. Drugą co najwyżej mogła bezradnie machać na boki.
– Ja? To ty weszłaś
do cudzego domu i mnie przy okazji obudziłaś! – Zaśmiał się czerwonowłosy. I…
poniekąd miał rację.
– A-ale to nie moja
wina, bo…
… drzwi same się
otworzyły. – Kto by w to uwierzył?
– Urusei yo! –
Usłyszała jego głos tym razem w prawym uchu.
– Przestań tak robić,
ogłuchnę przez ciebie! – Wykrzyczała, bezskutecznie usiłując dosięgnąć leżącego
na podłodze telefonu wolną ręką.
Za daleko… znowu…
Miała
ochotę się rozpłakać. Wszelkie koła ratunkowe znajdowały się poza jej
zasięgiem, a była więcej niż pewna negatywnych intencji zielonookiego…
– Nie potrafisz ulec.
Nie wierć się, bądź grzeczną ofiarą… – Rozdarł rękawy jej bluzki, odsłaniając
złociste ramiona dziewczyny, na co ta zareagowała piskiem.
– Co… Co ty…?! –
Wybąkała z oczami jak talerze. Czy jeśli był zombie to nie wziąłby się
przypadkiem najpierw za rozpłatanie jej kory mózgowej? Chociaż… równie dobrze
mógł nabrać ochoty na jej wnętrzności.
Ale
fakt-faktem. Jedyna droga ucieczki została jej odcięta. Co jednak nie
przeszkadzało blondynce w ubliżaniu swojemu przyszłemu oprawcy.
– Nie dotykaj mnie,
zboku! – Warknęła bez zastanowienia. Cwelu, debilu, pajacu, zbolu… Co za
różnica, kiedy koniec zbliża się wielkimi krokami? Nie będzie przecież grać w
nieskończoność ze śmiercią w szachy1. Prędzej czy później i tak nadejdzie.
I znów…
To uczucie. Jakby rozrywano ją na pół. Chwyciła się wolną ręką za klatkę
piersiową.
– Uch…! – Chłopak
odsunął się gwałtownie.
Co
jest? Tak wcześniej kozaczył, a przed chwilą odskoczył od niej jak poparzony? O
empatię by go raczej nie podejrzewała, coś innego musiało mu przeszkodzić.
Tak czy
owak ktokolwiek zdobył się na sprzeniewierzenie się temu bandziorowi, chwała mu
za to. Uratował blondynce życie.
Swoją
drogą… ze wszystkich możliwych metod pozbawiania życia, czemu musiało paść
akurat na mord z ręki kanibala? I to brutala, który ośmielił się przedtem
zniszczyć jej ubranie. Mógł jej chociaż zapewnić godną śmierć, a nie znęcać się
nad jej bluzką, bo czym mu ona zawiniła? Błękitnym kolorem? Napisem po
angielsku? Krótkimi rękawami? Za mało wyciętym dekoltem?
Usłyszała
skrzypnięcie drzwi i kroki, dość wyraźne ze względu na gołą posadzkę.
Oho, mamy towarzystwo… – Pomyślawszy
sobie o jeszcze gorszym rozmówcy, skrzywiła się. To nie tak, że od razu każdego
przekreślała… Ten dom sam w sobie tworzył wewnętrznie i zewnętrznie aurę rodem
ze szpitala psychiatrycznego.
– Skąd tu tyle hałasu,
Ayato? Wolałbym trochę spokoju podczas odpoczynku.
Niewyraźna sylwetka zamajaczyła
jej przed oczami. Chłopak… Mężczyzna? Nie była pewna. Zwróciła uwagę tylko na
jego dosyć staromodne okulary. Żadne duże szkła, po prostu… takie prostokątne z
metalowymi oprawkami. Czy ona gapi się na jego pingle?!
Ale hej! Znała przynajmniej imię
swojego niedoszłego zabójcy. Już wiadomo, kogo umieścić jako pierwszego na
swojej czarnej liście.
– Uch, Reiji… –
Wymamrotał nadal osłupiały i cały spięty… Ayato? Tsa, tak mu chyba było.
Wyglądał niczym wybudzony ze snu lunatyk. Nawet stracił tę swoją zawadiacką
chrypkę w głosie.
– Co się dzieje? –
Uniósł brew skonsternowany Reiji.
Drugiej takiej szansy nie będzie… W nogi! –
Poderwała się jak pisklę do lotu i przy okazji usłyszała natychmiastowe „Oi!”
ze strony czerwonowłosego, ale nie przystopowała. Zahaczyła jednak butem o nogę
Ayato i akcja skończyła się wywaleniem twarzą do podłogi. Nici z wymknięcia
się.
– Uuch… – Chwyciła
się za głowę. Tak to jest, jak się próbuje uciekać pod wpływem impulsu. Miała
teraz przed oczami różnokolorowe fajerwerki i wcale nie należało to do
najprzyjemniejszych doświadczeń. – Jezusie, Maryjo… Sorka za zamieszanie, ale
ten tutaj – wskazała głową za siebie – mnie zaatakował.
Uniosła
się, zataczając się przy tym jak alkoholik. Byłaby upadła, gdyby okularnik jej
nie złapał i nie podtrzymał.
– Pomijając twoje
spotkanie trzeciego stopnia z podłogą… jesteś w stanie powiedzieć, kim jesteś i
co tu robisz? – Rzucił jej błyskotliwe spojrzenie.
Wreszcie ktoś gada do rzeczy! – Złapała
równowagę, a następnie skłoniła się w pół, jedną rękę odrzucając w bok, jakby
trzymała w niej szlachecki kapelusz.
– Nazywam się
Cantarella Komori. Ale możecie mówić mi „Yui”, tak mam na drugie imię. Saa…
jeśli moje pierwsze sprawia wam problemy to… nie obrażę się. – Uśmiechnęła się,
stopniowo się prostując.
Japończycy i to ich nieodróżnianie „l” od
„r”!2
Zawsze muszę im iść na rękę… – Jęknęła z żałością w myślach.
– A jesteś tu…? –
Próbował naprowadzić ją na pełną odpowiedź starszy.
– Miałam tu mieszkać…
Śmieszna sprawa. Pierwszy raz tu jestem. – Wzruszyła ramionami.
– Eh? Z nami? –
Uniósł brwi ze zdziwienia Reiji. – Co to ma znaczyć, Ayato? – Zapytał ostro.
– Hę? A skąd mam to
wiedzieć! – Zirytował się chłopak, krzyżując ręce. – Nic o tym nie wspominałaś,
Chichinashi!
– Nie dałeś mi dojść
do słowa, tsk. – Odwróciła głowę w bok obrażona, ale w tempie natychmiastowym
skierowała ją w stronę czerwonowłosego. – Ty… Jak mnie nazwałeś?!
Na
policzkach dziewczyny ukazał się obfity rumieniec, kiedy zgrzytnęła zębami,
zaciskając dłonie w pięści. Tylko resztkami sił powstrzymywała się od obicia mu
tego słodkiego ryjka.
– Ba~ka! Nazwałem cię
Chi-chi-na-shi, bo jesteś płaska jak des-ka! – Zaśmiał się wrednie.
Zwęziła
oczy. Tego było już za wiele. Chciał wojny to będzie ją miał!
– Ha. Ha. Normalnie
ubaw po pachy. – Odparła sarkastycznie, wywracając wymownie oczami. – Ale wiesz
co? W przeciwieństwie do ciebie nie jestem daltonem jak ty i nie wybieram tak
tragicznych farb do włosów, Pe-dals-ko-wło-sy. – Specjalnie przesylabizowała
ostatnie słowo, by go mocniej wkurwić. Oko za oko, ząb za ząb!
– Coś ty
powiedziała…?! – Zerwał się z sofy i czekała wręcz, żeby podszedł i jej
przyłożył, dzięki czemu zyskałaby wymówkę odnośnie pobicia swojego przyszłego
współlokatora, ale Reiji wszedł pomiędzy nich, nie pozwalając, by doszło do
jakichkolwiek rękoczynów.
Szkoda… Zbierało mu się już dłuugi czas.
– Spokój, tak niczego
nie uda nam się ustalić. – Westchnął zmęczony wzajemnymi docinkami dwójki
nastolatków. Cantarella była prawie pewna tego, że usłyszała z jego ust coś na
kształt wymruczanego pod nosem „jedno gorsze od drugiego”, ale olała to.
Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że potrafiła czasem działać na nerwy,
więc nie zamierzała się nawet z tym kłócić.
– Tch, jak chcesz. –
Mruknął Ayato. Obserwowała, jak cofa się o krok i opiera plecami o kanapę.
Widocznie zraniła jego dumę, ponieważ odwrócił się do niej tyłem, ona zaś
opadła na sofę z westchnięciem. Ale co miała zrobić? To on zaczął ją obrażać,
nie mogła pozostać mu przecież dłużna!
– Reasumując: Żadne z
nas nie wie, co tu się wyprawia. – Reiji położył dwa palce na mostku nosa,
lekko go pocierając. Chyba sam nie wierzył w to, co mówi.
– Na to wychodzi. –
Skwitował zielonooki, który wydawał się stracić jakiekolwiek zainteresowanie.
… taa, najwyższy czas by się
pożegnać. Nic tu po niej. Zapewne wszystko to wina tego przyćpanego
pseudotaksówkarza. Zapamiętać: nie ufać nieznanym kierowcom, wywiozą cię na
drugi koniec świata.
– Czyli to pomyłka,
tak jak się spodziewałam. – Klasnęła w
dłonie zorientowana wreszcie w swojej sytuacji. Cieszyła się, że wie, na czym
stoi i nie chciała tego ukrywać. – A tak na marginesie… Kim ty jesteś? –
Popatrzała ciekawskimi oczami na okularnika. Dalej nie znała jego nazwiska,
prawda? Wypadałoby o to zapytać. Choćby po to, żeby wiedzieć na kogo się
powołać bądź do kogo zgłosić się o pomoc, jeśli zajdzie taka potrzeba. Był
tutaj jedynym dżentelmenem. Ten, który próbował z niej zrobić przystawkę, był
definitywnie jakimś pierdolniętym kanibalistycznym wieśniakiem.
– Reiji. Reiji
Sakamaki. – Odpowiedział ze spokojem, delikatnie unosząc kąciki ust.
Reiji–san… kawaii!
– Ano…
– Oya, oya, oya ~ –
Rozmowę przerwał wesoły męski głos niosący się od drugiego końca kanapy.
Praktycznie tuż obok niej pojawił się burgundowowłosy jegomość w kapeluszu
ukradzionym wprost od Michaela Jacksona. – Urocza ludzka dziewczyna? Tutaj?
– Halina, zawał! –
Odskoczyła w bok, prawie wpadając na Reijiego. W ostatniej chwili udało jej się
stanąć pewnie na nogach. A to wszystko przez tego… tego…!
– Ufufufu~ – Czy on się cieszy z tego, że mnie
przestraszył? – Witaj, miło mi cię poznać, Bitch-chan~
W tym momencie poczuła
wilgoć na prawym policzku.
Polizał mnie, fujka!
– Ugh… – Starła
ramieniem ślinę z policzka. – Wiesz, że w ten sposób przenosi się zarazki? –
Jęknęła.
– Wybacz ~ – Chłopak
zachichotał cicho, co dawało wrażenie, że wcale nie jest mu przykro.
– Laito czy to
niekulturalne zachowywać się w ten sposób w stosunku do damy, którą dopiero co
spotkałeś? – Zapytał sugestywnie Reiji.
Jej! Przynajmniej jeden, który
trzyma moją stronę!
– Nfu ~ Reiji, jesteś
jak zwykle sztywny! Czy to nie w porządku, że próbuję czegoś, co ładnie
pachnie? – Cmoknął zadowolony. Przysiadł się bliżej niej, zmniejszając błyskawicznie
dystans pomiędzy nimi. To było… złe posunięcie.
– E-ej, daj mi trochę
przestrzeni osobistej! – Położyła dłonie na jego klatce piersiowej. Nie była
przyzwyczajona do przebywania z kimś w strefie komfortu. Nawet ojciec ją rzadko
przytulał.
W
trakcie przepychanki usłyszała coś w rodzaju: „Zabiję cię, gnoju! Polizałeś
Chichinashi przede mną!”, na co zmarszczyła brwi i zrobiła minę jak po
zjedzeniu cytryny. W książkach trójkąty może i pięknie się prezentowały, ale
obecna sytuacja niezbyt jej była na rękę. Może dlatego, że nie darzyła uczuciem
żadnego z nich, a może z powodu gorszych zmartwień na głowie. Ciężko cieszyć
się z wianuszka adoratorów, kiedy człowiek trafia na ludożerców. Nie wpisywało
się to w ogóle w definicję romantycznej miłości – w noc poślubną pewnie by ją
pokroili i dodali do sałatki dla smaku.
Zastanawiała się tylko, czy Reiji
jest taki sam. Jeżeli ją bajeruje i tak naprawdę widzi w niej chodzącą
przekąskę to niezaprzeczalnie nastolatka ma ostro przekichane.
Szczęśliwie dzięki
roszczeniowości jednego z nich, napastnik się od niej odsunął, przenosząc swoją
uwagę na inną ofiarę.
– Fufufu ~ Polizane
zaklepane! Jeżeli nie zarezerwujesz sobie pierwszeństwa to twoi bracia cię
uprzedzą ~ – Droczył się Laito. Wygiął
usta w słodkim uśmiechu. Przynajmniej się jej nie czepiał, chociaż teraz to
szczerze współczuła Ayato. Rudy zdawał się jej typem przywalającym się nawet do
wolno rosnących stokrotek.
Ach,
zaraz… Czy on powiedział „bracia”? No to wszystko jasne – rodzinny kanibalizm.
Rytualistyczne świnie niczym te z Outlasta! Pewnie ją pobiją, zgwałcą, karzą
jej urodzić jakiegoś „Mesjasza” i zostanie tu już na zawsze!
Nie
żeby coś, pseudozamki są fascynujące, ale…
nie sądziła, że wyląduje wśród członków jakiejś sekty. Kościół nieraz ją
przed nimi ostrzegał, jednak uważała ich za wytwór wyobraźni. Aż do dzisiaj.
Może
więc ojciec postanowił wystawić na próbę jej, łagodnie mówiąc, słabą wiarę i z
tej przyczyny wysłał ją w te barbarzyńskie rejony? Zawsze to jakieś
wytłumaczenie, choć wątpiła w swoje zdolności nawracania na chrześcijaństwo. Nie
była wytrwała jak święty Wojciech i prędzej by tych dzikusów powbijała na pal
niż pokojowo udzieliła im nauk. Poza tym bardziej utożsamiała się z religią
hinduską niż katolicką i jej lekcje polegałyby raczej na omawianiu reinkarnacji,
nie na odprawianiu mszy.
– … ne, Kanato-kun?
Na chwilę utraciła kontakt z rzeczywistością, ale szybko wróciła na ziemię, gdy do jej uszu dobiegł ciut dziecięcy głos.
Na chwilę utraciła kontakt z rzeczywistością, ale szybko wróciła na ziemię, gdy do jej uszu dobiegł ciut dziecięcy głos.
– Pozwól, że też się
poczęstuję. Nie ruszaj się, dobrze? –
Poczuła lepki język na szyi i energicznie podskoczyła.
Następny?!
Zostanie przez nich strzępkiem nerwów!
– … Mm, słodka.
Niezwykle pyszna dziewczyna w porównaniu do tych wszystkich mdłych ludzi. –
Spojrzała na agresora ze wściekłością.
… co? Mały chłopiec? Uuch… Gorzej
już być nie mogło, tutaj nawet dzieci wychowuje się w duchu kanibalizmu.
Kiedy
się odsunął, zauważyła w jego dłoniach pluszowego misia. Na jego twarzy
natomiast znajdowały się cienie pod oczami.
Biedaczek. Nie dają mu spać i jeszcze karmią
go ludźmi. Adoptowałabym go i wychowała po swojemu. – Pomyślała troskliwie.
Gry, słodycze i tańce z nią nie brzmiały źle, prawda?
– Ne, czemu ta
dziewczyna tu jest? – Zapytał chłopczyk, patrząc po braciach w oczekiwaniu na
odpowiedź.
– Nie dodaliście jej
do kolacji? – Zapytał ze zdziwieniem Laito, na co Cantarella od razu
zareagowała nadętymi policzkami i założeniem rąk pod biustem. Rudowłosy nie
mógł powstrzymać chichotu.
– Nie gniewaj się,
Bitch-chan ~
– Ba-ka. Powaliło was
wszystkich. Zobaczyłem ją pierwszy, więc jest moja. – Zaśmiał się dumnie Ayato.
Westchnęła ciężko. A ten znowu swoje. Miał chyba jakieś
porażenie mózgowe. Czuła się, jakby gadała do słupa. Przyszedł jej do głowy
pewien pomysł
– A ty jesteś mój,
Ayatosiu, aaaach ~ – Objęła się ramionami, jakby myślała o najdroższym
kochanku, co spowodowało, że czerwonowłosego ogarnął na chwilę szok, z którego
potem co prawda się otrząsnął, ale i tak w pełni nie odzyskał swojego stylu, bo
tylko wymamrotał „Ta-taak, oczywiście!”. Przynajmniej dała radę zabawić się kosztem
tego natręta.
Laito po chwili wybuchnął śmiechem. Zresztą ona również.
Prawdopodobnie miał podobne poczucie humoru co ona. Niestety czy stety.
Kątem oka przyuważyła naburmuszonego jeszcze bardziej niż wcześniej Ayato, ale
cóż. Cel uświęca środki.
– Nie wliczając tego, co
powiedziała, śmiało można stwierdzić, że jednak przegapiłeś swą szansę. –
Odparł Reiji kpiąco.
O nie… Nie mówcie mi, że on też…
Siedziała
na sofie jak na igłach, obawiając się, co będzie dalej. Tak czy inaczej całe to
zajście trzeba było wyjaśnić i nie zamierzała stąd wychodzić bez żadnego
wytłumaczenia. Na dodatek i tak na razie nie miała się gdzie podziać.
– Odchrzań się,
Reiji! Pieprzysz bez sensu! – Patrzyła bacznie, jak ciało chłopaka napręża się
niczym struna. Ciekawe jakby wyglądał bez bluzki…
– Haah… Lamus. – W
salonie zadudnił czyjś drwiący głos. Blondynka nie mogła dostrzec jego
właściciela. A szkoda, bo może mogliby we dwójkę dogryzać tej zielonookiej
mendzie. Na pewno był lepszym kompanem niż ten dziwak Laito. Może przynajmniej
nie siedziałby tak blisko niej…
– Haa? –
Czerwonowłosy przybrał postawę bojową. – Oi! Subaru, ty tchórzu! Pokaż się!
Wkrótce
usłyszała prychnięcie i zauważyła pojawienie się nieznajomego chłopaka tuż obok
schodów. Wow. Tutaj to chyba wszyscy mają prędkość światła.
Hm… Czy on nie ma przypadkiem… białych włosów?
Nie sądziłam, że albinosy zdarzają się w Japonii. Aw, ale wygląda
uroczo – jak śnieżynka!
– Zdawało mi się, że
poczułem zapach człowieka. Nie pomyliłem się, jak widać… – Warknął Subaru. Już,
już miała otworzyć buzię, by odpowiedzieć: „Tak naprawdę to jestem zamaskowaną
wróżką!”, kiedy jej przeszkodził. – Obudziłaś mnie. Co tu się właściwie dzieje?
Dobre pytanie, szkoda że nikt nie zna
odpowiedzi. – Zrobiła kwaśną minę, unosząc oczy ku górze.
– Oi… Może mi
odpowiesz, co?! – Echo tłuczonego tynku rozniosło się po całym pomieszczeniu.
Odruchowo Cantarella aż podskoczyła z wrażenia.
Co mu jest… Wystarczyła chwila, by… –
Przygryzła dolną wargę. Teraz naprawdę zaczynała się niepokoić.
– Whoa…! Młody i
gniewny jak zawsze, co, młodszy braciszku? Haha ~ – Posłał mu zawadiacki
uśmieszek Laito.
– Zamknij się,
zboczeńcu! Nie uważam się nawet za twojego brata! – Odparł, odgarniając
opadającą mu na prawe oko grzywkę.
Mm, emo grzywka – najnowszy krzyk mody wśród
gimbusów!
Kanato
przytulił mocniej maskotkę, posępniejąc. Dziewczynie aż ciarki przeszły po
plecach.
Straszny ten gówniak… Może faktycznie lepiej się będzie stąd wynieść?
Potrzebna jest mi tylko dobra okazja...
– … drażnisz moje
uszy. Jeśli się nie uciszysz to cię poćwiartuję!
To przesada! Mogą się nie lubić, ale… Żeby
sobie grozić? I to jeszcze w taki sposób!
– Nie dałbyś rady
zrobić nawet takiej prostej rzeczy. – Zaśmiał się pewny siebie śnieżnowłosy.
Niższy
teraz cały dygotał. Nastolatka spodziewała się wybuchu złości i bitki, jednak
on jedynie wyszeptał do pluszaka:
– … Teddy, spójrz.
Skończy jako nasza następna ofiara.
No to zajebiście, gada do rzeczy martwych,
ugh… Może mi tu jeszcze ześlecie kogoś, kto widzi martwych ludzi?! – Nie
mogła powstrzymać drżenia rąk, więc po prostu schowała je między kolanami. Nie
mogła do końca stracić panowania nad sobą, bo inaczej plan ucieczki spaliłby na
panewce…
Reiji
westchnął, kręcąc z dezaprobatą głową.
– Skończyliście?
Nawet osoba z tak wysoką samokontrolą jak ja traci powoli cierpliwość. – Rzekł
z wyraźnym niesmakiem.
Podpisuję się pod tym. Miejmy to wszystko
już za sobą, no!
– Wiecie co? Mam
ochotę powiedzieć wam wszystkich „Spłońcie”, ale… – Kontynuował Reiji. – Nie
będę tolerował, w jaki sposób moi nieznośni bracia traktują tę dziewczynę.
Cantarellę
przez moment kusiło, by rzucić się mu w ramiona z okrzykiem „Mój bohater!”, ale
w porę uświadomiła sobie, że nadal jest dla niej pojebany. Poza tym dopiero się
poznali, może jedynie udaje miłego, a w głębi kryje się damski bokser? Nigdy
nic nie wiadomo.
– Po pierwsze
chciałbym się dowiedzieć, jak się tu znalazłaś.
Och, człowieku… Może nie przy dzieciach?
– Em… Tak się składa,
że… – Miała wrażenie, że wzrok okularnika ją przewierca. Czuła się przed nim
taka… naga. Zmiękły jej nogi i gdyby nie siedzenie na sofie bez wątpienia by
zemdlała. Do tego zaczęła się jąkać.
Spojrzała
w dół… Dłonie jakby stały się bardziej interesujące od reszty otoczenia.
Czyżby… strach ją obleciał?
– Co jest, Chichinashi?
Boisz się? – Parsknął Ayato. Czy on napawał się jej lękiem? Uch, co za sadysta!
– Nfu ~ Tak jak
myślałem. Uroczo. Aż mam ochotę cię schrupać tu i teraz! – Uśmiechnął się
rudowłosy. Naprawdę wyglądał, jakby chciał ją zjeść, ale dziewczyna tylko zmarszczyła
brwi. Jeżeli okaże słabość, rzucą się na nią!
– Heh ~ Słyszę, jak
zgrzytają ci zęby. Jesteśmy przerażający? – Zaszczebiotał Kanato.
Cholera… Przestań się trząść jak
osika… Przestań…!
– W-w takiej
atmosferze każdy by się zdenerwował! – Wychrypiała, siląc się na odwagę. –
Zresztą… Niewiele o was wiem.
Uspokoiła
się odrobinę. Dobra. To chyba była zacna wymówka.
– Jak to nie wiesz?
Podstawowych rzeczy o nas nie wiesz? Przecież to proste! – Obruszył się Ayato.
Przybrał minę nadąsanego brzdąca, co spowodowało, że Cantarella zaśmiała się w
myślach. Oj, on chyba nic nie rozumiał…
– Taak, ale nie tak
łatwe do ogarnięcia jak nasz Ayato-kun ~ – Droczył się z bratem Laito.
– Zachowujcie się! Ta
rozmowa nie ma najmniejszego sensu.
No co ty nie powiesz, Reiji…
– Natychmiast
przestańcie albo do reszty puszczą mi nerwy. Ty! – Spojrzał na dziewczynę
wyraźnie zniecierpliwiony. – Strach na pewno nie zawładnął tobą na tyle, żebyś
nie mogła nic powiedzieć. Wytłumacz nam to zajście!
Powietrze
przeszył dźwięk uderzonego o rękę bata. Dziewczyna z trudnością przełknęła
ślinę.
– Chyba że chcesz
zostać potraktowana batem. – Na jego twarzy pojawił się sadystyczny uśmiech.
Zmieniłam zdanie: Jesteś dwa
razy gorszy od pozostałych! A tak w ogóle… skąd nagle wytrzasnąłeś ten bat?!
Nosisz go w kieszeni?!
Zdecydowała
jednak, że woli nie poczuć tego czegoś na własnej skórze i pospiesznie
postarała się dobrać słowa tak, ażeby udzielić wyczerpującej odpowiedzi.
***
– … i tak wylądowałam
w waszym domu. – Podsumowała niemrawo Cantarella.
Ayato
wybuchł gromkim śmiechem.
– Czyli jesteś
dziewczyną z kościoła? – Chwycił się
za brzuch, jakby bał się, że zaraz pęknie pod wpływem chichrania się. Wydęła
wargi w dzióbek w akcie focha, po czym odrzuciła głowę w bok.
– Taa, boki zrywać. –
Odparła z udawanym rozbawieniem. – Co w tym takiego zabawnego?
Rodziny się przecież nie wybiera. Czyżby…
mieli coś do chrześcijan? Hm, jakby nie patrzeć, mogą być satanistami,
zwłaszcza z tymi ich preferencjami żywieniowymi. Pewnie w piątki składają czarne
koty Lucyferowi.
Całe to zmuszanie jej do
opowiadania i intensywnego rozmyślania odwróciło jej uwagę od panicznego
strachu przed grożącym jej niebezpieczeństwem ze strony lokatorów. Nawet się
nie obejrzała, kiedy się uspokoiła.
– Nic dziwnego… – Mruknął
Subaru.
– Dziewczyna z
kościoła w tej rezydencji? Przykry los. – Dodał z politowaniem Reiji. – Chyba
nie znasz zbyt dobrze tego krewnego.
Wszystko
to brzmiało dosyć tajemniczo i podejrzanie. Cantarella zachodziła w głowę, o co
mogło im chodzić. Jednak instynkt przetrwania nie dawał za wygraną i doszła do
wniosku, że lepiej stąd spadać, póki jeszcze ma na to czas niż przeprowadzić
jakieś dochodzenie, pod koniec którego wyląduje się w trumnie.
– Aha! Czyli zaszło
jakieś nieporozumienie? – Uśmiechnęła się głupawo, po czym stanęła na równe
nogi.
– Co za szkoda… Tak
czy siak nikt z kościoła na pewno nie odwołałby się do tego miejsca. – Wydał z
siebie westchnięcie zrezygnowany Laito, wyginając plecy, by rozprostować kości.
– Przynajmniej wiemy, że to pomyłka.
– Laito… Czy ty
właśnie sam siebie obraziłeś? – Popatrzył na niego z niedowierzaniem Kanato.
Laito
zaśmiał się lekko, a potem oparł swobodnie dłoń na oparciu sofy. Co za
optymizm…
– Mooże ~ – Odparł
luźno, jakby w ogóle się nie przejmował tym, co się do niego mówi.
Dziewczyna
z autentyczną radością klasnęła w dłonie.
– No to… przepraszam
za najście! – Przechyliła głowę w bok, obdarowując zebranych promienistym
uśmiechem. – Chyba czas na mnie!
Nie żebym chciała tu zostać choćby minutę
dłużej…
– Czekaj chwilę! – Przed
nią pojawił się nie kto inny jak Ayato.
Ale…
Jakim cudem? Przecież stał za sofą!
Co tu się dzieje, do jasnej cholery?! Zaraz…
– Policzyła do pięciu w myślach. – Nie
panikuj, to nic nie da.
– Nie wydaje mi się,
że opuszczenie teraz tego domu jest dla ciebie najlepszym rozwiązaniem. O tej
godzinie na ulicach jest niebezpiecznie. Zostań. – Mówił dalej czerwonowłosy i,
choć prawił całkiem słusznie, to w jego wypowiedzi wyczuwała delikatną woń
podstępu. Widać po nim było, że bardzo zależało mu, by stąd nie wychodziła.
Trudno. Niech sobie znajdzie inną przekąskę.
Odsunęła
się nieco od chłopaka, aby móc wreszcie wziąć walizkę i się stąd ulotnić. Bez
bagażu wątpliwe czy przetrwałaby chociaż jeden dzień. Chipsy, cola, leki…
Przecież to podstawa życia co drugiego człowieka na Ziemi!
Laito
aż się zachłysnął wskutek tego, co powiedział jego brat.
O nie, kolejny… – Jęknęła w myślach.
– A, prawda, prawda! –
Poparł brata z wyraźną ekscytacją w głosie. – Ciągłe egzystowanie w męskim
gronie bywa nudne! Może jeżeli Bitch-chan z nami zostanie to i atmosfera się
polepszy?
Uniosła
brew. Oni naprawdę myślą, że zatrzymają ją po tym, co się tu odjaniepawliło?!
Chociaż…
Czy to nie doskonały moment, by wiać? Nie spodziewają się tego!
– Kusząca propozycja,
ale nie skorzystam. – Po czym nogi same migiem poderwały się do góry, kierując
ją od razu do wyjścia. Na co jej bagaże, jeśli nie wyjdzie stąd żywa?!
Za sobą
słyszała jeszcze jakieś krzyki zapewne należące do Ayato, ale nie zważała na
to. W jej głowie brzmiało jedno słowo – „przetrwać”. Czuła, jak mrowi ją skóra.
Biegła, stukając o podłogę obcasami. Być może dawno temu by przystanęła, gdyby
nie płynąca w jej żyłach adrenalina.
Gdy
dobiegła do przedsionka, przystanęła na chwilę, by odsapnąć. Pochyliła się
nieznacznie i oparła dłonie na kolanach. Płuca piekły ją niemiłosiernie.
– Co tu jest… ha…
grane…? – Kręciło jej się w głowie i ledwo stała. Nawet nie zorientowała się,
że mówi swoje myśli na głos.
Skoro
nawiedzone domy to tylko wymysł moher to jak wyjaśnić pojawianie się znikąd
tych chłopaków?! Chyba że… demony z tych kościelnych kazań są prawdziwe?
Potrząsnęła
głową gwałtownie. Przecież ich istnienie przeczyłoby wszelkiej logice!
– Obudź się! –
Wrzeszcząc bez opamiętania, szczypała się dosłownie wszędzie, gdzie zobaczyła
odkrytą skórę. – To niemożliwe…
Przygryzła
wargę, opierając się o kolumnę. Opuszczała się w dół, aż pośladkami nie
dotknęła ziemi. Rozpacz i szaleństwo przysłoniły jej umysł. Nie wiedziała już
czy śni, czy taka jest rzeczywistość. Schowała twarz w kolanach i objęła rękoma
zgięte nogi.
Chcę, żeby się to wreszcie skończyło…
Jej
ciało drgało intensywnie. Sama zaś nie potrafiła zmusić się do wypowiedzenia
żadnego słowa.
Jak
przez mgłę dobiegł ją odgłos kroków i głos jakiegoś chłopaka. Nie potrafiła
jednak zrozumieć, co do niej mówi. Straciła kontakt ze światem zewnętrznym.
Us… pokój… się…! Możesz to… zrobić!
Wzięła
kilka głębokich oddechów i postarała się wyłapywać choćby urywki wypowiadanych
przez niego słów.
– … czemu… głośno?
Skup się.
– … co do ciebie
mówię?
Podniosła
ostrożnie głowę, by na niego spojrzeć. Nie ustępował w urodzie reszcie
chłopakom, których poznała w tym domu. Miał bujne włosy skąpane w miedzianym i
miodowym blondzie. Na twarzy zauważyła szafirowe tęczówki i wąskie usta. Na
szyi widniało coś w rodzaju tattoo chokera, do którego przymocowane były
słuchawki do uszu.
– U-um… – Powolutku
podniosła się z ziemi i spojrzała niepewnie w górę na nieznajomego. – Znasz
tych… chłopaków?
Podrapała
się po lewej ręce z zakłopotaniem. Blondyn westchnął ciężko.
– Znać znam, chociaż
wolałbym nie. – Wymamrotał niechętnie. – Łączą nas jedynie więzy krwi.
O, o! Może pomoże mi się stąd wydostać?
Mógłby niepostrzeżenie przynieść dla mnie bagaż i zadzwonić po pomoc… –
Uzmysłowiła sobie w porę jednak jedną rzecz, która mogła zaważyć na powodzeniu
jej ucieczki.
– Chwilunia! Czy to
znaczy, że jesteś ich bratem?! – Zapytała z niekrytym przejęciem.
Ha. Ha. Ha. Pewnie jest ich tu jeszcze
dwunastu.
– Trafiłaś w samo
sedno. – Odpowiedział z niesmakiem. Widziała, że wolałby już sobie pójść, ale
chyba musiał mieć do niej jakiś ważny interes, skoro dalej tutaj był. – Jesteś
tą dziewczyną, o której wspominała ta
osoba?
Spojrzała
na niego jak na kosmitę. Nie wiedziała nawet, o kogo mu chodzi, więc co miała
odpowiedzieć?
– Ta osoba? – Uniosła brwi, oczekując jakiegokolwiek
sprecyzowania. Miał na myśli jej ojca czy kogo?
W tym
momencie do holu wpadł jak rakieta Ayato, prawie zabijając się na śliskiej
nawierzchni. Oparł się na szczęście o barierkę, ratując się tym samym przed
upadkiem.
Oczy
Cantarelli rozszerzyły się z przerażenia.
O nie, znaleźli mnie! Ale… Ten tutaj zdaje
się wiedzieć, o czym mówi. I dlatego… Zostanę, by poznać prawdę. Może mnie
przynajmniej jakoś ochroni, przypomina mi z postury niedźwiedzia.
– Wszystko słyszałem!
Shuu, wiesz coś o tym?! – Zawołał rozgniewany chłopak.
Niebieskooki
mlasnął niezadowolony z obecności brata. Wkrótce pojawił się też Kanato, Laito,
Reiji, a na samym końcu również Subaru.
Ii mamy pełen serwis!
– Można tak to ująć.
Najniższy
podniósł na niego swój ponury wzrok, próbując wymusić na nim potok
szczegółowych zeznań.
– Ugh, mów jaśniej.
Chcę porządnych wyjaśnień!
Shuu
westchnął ociężale, jakby miał wydać z siebie ostatnie tchnienie tu i teraz.
– Ta osoba… skontaktowała się ze mną
wczoraj. – Nastąpiła chwila pauzy. – „Będziecie mieć współlokatorkę. Dogadujcie
się z nią, jak najlepiej możecie.” Powiedział coś takiego.
Ayato
aż wybałuszył oczy ze zdziwienia.
– Haa? Czyli dom, o
którym mówiła Chichinashi to…
– Ha ~ A to
wybawienie! – Zamruczał z rozkoszą Laito.
Szkoda tylko że ja nic z tego nie rozumiem…
– Wygląda na to, że
nie było żadnej pomyłki. – Podsumował Reiji.
Na jego
słowa aż kopara jej opadła.
– Co?! J-jak to?! To
niemożliwe!
– Ba~ka. Po co
mielibyśmy cię okłamywać? – Zaśmiał się Ayato w pełni usatysfakcjonowany
odpowiedzią brata.
Może po to, by odebrać mi duszę?!
– Ale to bardzo
dziwne… Mój ojciec jest chrześcijaninem, a chrześcijanie rzadko kontaktują się
z mieszkańcami takich domów… – Wydukała, próbując ubrać swoje myśli w nie nazbyt
twarde słowa. Niestety, Shuu chyba ją przejrzał.
– Czyli to nie w
porządku, by zwracać się do nas? – Drażnił się z lekkim uśmiechem.
– Czy to dziwne? –
Dołączył się Kanato, przewiercając ją wzrokiem.
To oni zaczęli gadać, jaki to Kościół jest
im wrogi!
– P-przecież wy…
– Bo co? – Wywrócił
oczami Ayato.
– Em, chodzi o to…
– … że jesteśmy
wampirami? – Podsunął niespodziewanie szafirowooki.
Zamrugała
kilkakrotnie oczami. To jej do głowy nie przyszło.
– Wa-wampirami? –
Wydusiła.
– Ej, Shuu, za szybko
się wygadałeś! – Zajęczał znudzony czerwonowłosy.
– C-co…? – Nie mogąc
się ogarnąć, powiedziała przypadkowe słowo.
– Wszystko zostało
powiedziane. Jesteśmy rodziną wampirów. Tyle. – Wzruszył ramionami Kanato.
– N-nie, to… – Pokręciła
głową z niedowierzaniem.
Reiji uniósł brew, patrząc na nią
wyniośle.
– Oskarżasz nas o
kłamstwo? To nieuprzejme. Ayato już ci wytłumaczył, że nie mamy w tym żadnego
celu.
Akurat! Chociaż… Shuu wydaje się być najuczciwszym
z was wszystkich, więc raczej mówił o tym wszystkim szczerze. Nawet nie chce
mnie tutaj siłą zatrzymać.
Odwróciła
wzrok gdzieś w bok, rozmyślając nad swoim obecnym położeniem.
– No już, już ~ –
Rudowłosy wykonał gest dłońmi, jakby chciał ją uspokoić. Nie za bardzo to
jednak pomogło. – Bitch-chan nie może zaakceptować istnienia naszej rasy, czyż
nie?
Przynajmniej jeden mnie rozumie…
– Nie obchodzi mnie
jej zdanie. – Warknął Subaru.
– Mnie twoje też nie
obchodzi. – Pokazała mu język bezczelnie. Kutas.
– Tch. – Agresor
zmrużył swoje szkarłatne oczy, ale się nie odezwał.
Zanim cokolwiek zrobię, powinnam
skonsultować to z ojcem… Telefon, telefon… Gdzie on jest?
Zaczęła
grzebać po kieszeniach w poszukiwaniu komórki, lecz bezskutecznie – jakby
zapadła się pod ziemię.
– … szukasz tego? –
Zielonooki z szerokim uśmiechem pomachał jej tuż przed nosem zaginionym
przedmiotem.
– Ayato…! – Nadęła
policzki jak dziecko. – Oddawaj to! To moje!
Rzuciła się, by odzyskać swoją własność, jednak on najpierw zatrzymał
ją swoją ręką na jej czole, a potem, korzystając z tego, że był od niej nieco
wyższy, uniósł rzecz tak, by była poza zasięgiem blondynki.
– A czemu miałbym to
zrobić? – Zaśmiał się wrednie.
– Przestań! Nie masz
prawa…! – Zaczęła podskakiwać, byle dosięgnąć telefonu, ale Ayato tak nim
machał, że ciężko go było dotknąć choćby na ułamek sekundy. On natomiast bawił
się w najlepsze.
– Pfft, powinnaś
okazać wdzięczność znalazcy. Podniosłem go z uprzejmości! – Odrzekł obrażony
wampir.
– Oi, Ayato! Daj mi
to. – Subaru nieoczekiwanie się do nich zbliżył. Drugi chłopak nawet nie zdążył
zareagować, kiedy białowłosy wyrwał mu z ręki obiekt zainteresowania jak dotąd
tylko pary nastolatków.
– Hę? – Równocześnie
spojrzeli na białowłosego, nie domyślając się, czego zamierza dokonać.
– C-co chcesz zrobić?
– Pisnęła zaniepokojona blondynka.
– Tylko… to! – Zgniótł
telefon na drobne części.
Zszokowana patrzyła, jak
fragmenty jej komórki spadają na ziemię. Ostatnia deska ratunku… przepadła.
– Już od początku
mnie denerwowałaś. – Syknął Subaru.
– Jesteś okropny! –
Szepnęła. Klęknęła na ziemi, wpatrując się z żalem w pozostałości po urządzeniu.
Miała tam zdjęcia, piosenki… a przede wszystkim mogła skontaktować się dzięki
niemu z jedyną rodziną, która jej pozostała!
– No już, Bitch-chan
~ – Otoczył ją ramieniem rudowłosy, oferując „wsparcie”. – Powinnaś dobrze się
z nami dogadywać. Nie potrzebujesz czegoś takiego… prawda?
Zerwała
się cała czerwona ze złości.
– Za… Za kogo wy się
uważacie, co?! – Ofuknęła ich zachrypiała od natłoku emocji.
– Czy to oznacza, że
chcesz już wyjść? – Zapytał Kanato przygnębionym głosem.
– Oczywiście! Nie
muszę tu zostawać! – Zawołała pewna siebie. Może i zniszczono jej telefon, ale
dalej miała nogi!
– Ach, rozumiem… A
więc tak to będzie. – Powiedział z
uśmiechem, który wywoływał dreszcze.
– „Tak”? – Uniosła
brew zdezorientowana.
– Zdążyłem już
naprawdę zgłodnieć… – Sprostował cicho.
– I…? – Uniosła ręce.
Miała ich wszystkich gdzieś. Mógłby walec ich przejechać, a ona nie kiwnęłaby
palcem.
– Jesteś strasznie
głupia, wiesz? Gdy wampiry mówią o głodzie, chodzi im tylko o jedno… – Podniósł
ton Kanato, szybko przemieszczając się ku niej. Popchnął ją z niewyobrażalną
siłą do tyłu, a ona, nie mogąc w krótkim czasie złapać równowagi, uderzyła o zimną
posadzkę plecami z przeciągłym „Kyaa…!”.
– Czekaj chwilę,
Kanato! Starszych powinno się puszczać przodem! – Rozpoznała głos dobiegający
zza pleców napastnika jako ten, który był własnością „jej ulubionego”
Pedalskowłosego.
Tak, rzućcie się na mnie wszyscy… Szkoda, że
przez to cielsko Kanato nie mogę się ruszyć. Już bym zwiała.
– Co za bzdury. Nie
ma takiej zasady. – Zaśmiał się niższy. – Już za późno, żeby lamentować. Twoja
krew pewnie jest przepyszna i słodka…
Przylgnął
do niej całkowicie, łapiąc jej ręce w swoje i pozbawiając ją w ten sposób możliwości
jakiegokolwiek ruchu kończynami. Czuła, jak coś ostrego dotyka jej szyi.
– Nic nie zostawię,
wypiję wszystko, dobrze? – Wyszeptał jej prosto do ucha.
Co mam robić?! Hm… Wiem!
– Momencik ~ –
Zagaiła najbardziej uroczo, jak tylko potrafiła, by zrobić inwersję.
– Nani? – Popatrzał
na nią wielkimi oczami.
– Żryj… – Uderzyła go
głową prosto w twarz. – … to!
Jej ofiara odsunęła się z
płaczem.
Może i skrępował mi ręce, ale wciąż mam
głowę i pełno pomysłów w zanadrzu!
Zdjęła
z szyi srebrny wisiorek z krzyżem, po czym rzuciła go w jego stronę. Niech mu to
mózg wypali. Głupia pijawka.
Biżuteria
jednak tylko odbiła się od ramienia Kanato i zakończyła swoją wędrówkę na
pobliskim dywanie. No nie...
Rozbrzmiał
działający na nerwy chichot Laito.
– Bitch-chan,
przyznaję, że uderzenie wampira głową było imponujące. – Nie mogła zaprzeczyć,
gdy czaszka tak boleśnie to potwierdzała. Będzie miała kawał szczęścia, jeśli nie
obudzi się jutro z siniakami. – Ale różańcem naprawdę mnie zaskoczyłaś ~
– Zdaję się, że
chciałaś wypróbować na nas metody z książek i filmów… Jakież to żałosne, że
ludzie nadal w to wierzą. – Westchnął Reiji.
Blondynka
wydała z siebie odgłos najgorszego wnerwienia, jakie w ogóle mogło kiedykolwiek
istnieć.
– Po
pierwsze: to nie różaniec, tylko wisiorek. – I srebro na was nie działa, właśnie je przetestowałam… – Po drugie:
prędzej uwierzę w skuteczność Domestosa niż jakiejś z dupy wziętej wody
święconej!
Wbrew
pozorom nie wszystkim legendom o wampirach ufała. A skoro są odporne na srebro…
Może warto wystawić je na światło słoneczne? Musi być sposób, by je jakoś
zlikwidować!
– Więc czemu rzuciłaś
w Kanato srebrnym krzyżykiem? –
Parsknął pogardliwie Ayato. – Wierzysz w beznadziejne bajeczki, nie wymiguj
się.
Zacisnęła
dłonie w pięści, spinając mięśnie ramion. Co za…
– Powiedział gość,
który sam wygląda jak z „bajeczki”! – Odparowała ostro.
– Ale ona irytująca…
Czuję, że z mojej uczty nici. – Usłyszała, jak jej niedoszły oprawca szepcze ze
wściekłością do misia. – Co to ma znaczyć?!
Zadarła
nos dzielnie.
– Nie pozwolę nikomu
robić ze mnie ofiary. – Wysunęła podbródek, unosząc kąciki ust. – A już na
pewno nie komuś, kto wygląda jak niedojebane dziecko emo!
– Haa… Sprawiasz
strasznie dużo problemów. To dlatego tacy jak ty są dla nas pożywieniem. –
Odezwał się, drapiąc się po głowie, Shuu.
– Jesteś skończoną
idiotką. – Dorzucił z lekkim niedowierzaniem czerwonowłosy.
– Ha! I tak nie
uwierzę w istnienie wampirów, to przeczy jakimkolwiek zasadom! Wasze serca nie
biją, więc nie powinniście żyć, pijecie podobno samą krew, a wyglądacie
wyśmienicie… – Miała wymieniać dalej, ale przeszkodził jej Laito zbliżający się
do niej jak drapieżnik. Cofnęła się, aż jej plecy dotknęły filaru. Była w
potrzasku.
– Jaka szkoda… –
Powiedział z udawanym rozczarowaniem. – Jest tylko jeden sposób, aby cię
przekonać ~
Zanucił
jej „itadakimasu” do ucha i już miał zabrać się za opróżnianie jej zasobów
posoki, lecz wtem Cantarella się opamiętała i postanowiła odrobinę
poimprowizować. Może i ją otoczyli, może i nigdy stąd nie ucieknie… ale nie da
się tak łatwo wysuszyć!
– Nie zgadzam się na
to! Moja krew nie jest na tyle tania, by spijał ją pierwszy lepszy wampir! Mam
prawo do wyboru najlepszego kandydata do tej roli.
Fortuna
jej sprzyjała i żaden z obecnych nie połapał się w jej małym przedstawieniu. Na
wszystkich wywarło to ogromne zdziwienie.
– Jakie to
nieuprzejme… – Pokręcił głową z dezaprobatą Reiji. – Nawet nie znasz jakości
swojej krwi, a już zachowujesz się jak wysokiej klasy kurtyzana.
– Ale pieprzycie!
Wychodzę. Róbcie, co chcecie. – Odparł białowłosy, kierując się w stronę
salonu.
– Twoja strata! –
Wzruszył ramionami Ayato.
Taa, uważajcie, bo myślałam o którymkolwiek
z was… Obydwoje jesteś równie problematyczni.
– Długo nie miałem do
czynienia z tak niezdyscyplinowaną kobietą… – Cantarella wzniosła dłonie ku
górze na wypowiedź okularnika. Trudno, jakoś sobie bez niego poradzi. – Więc zostanę.
Cantarelli
opadła gęba ze zdziwienia. „Hiszpańskiej Inkwizycji” to się ona nie spodziewała…
Obstawiała, że odejdzie jak Subaru.
– Jeżeli mnie nie
wybierzesz… Ne, Teddy? – Kanato utkwił wzrok w misiu, jakby widział w nim
osobę. – Rozedrzemy ją na strzępy?
Bo się przestraszę…
– Robi się ciekawie…
Oczywiście to mnie wybierzesz, co nie? – Wyszczerzył się Ayato. – Jestem
najlepszy!
Chyba tylko dla siebie. Według
mnie nie różnisz się niczym od typowego zwierzęcia. Jesteś dziki i z łatwością możesz
wyrządzić mi krzywdę.
– Cokolwiek. Po
prostu skończ tę farsę. – Powiedział Shuu bez większego zainteresowania.
Też bym chciała to już to wszystko zakończyć,
ale muszę się dobrze zastanowić…
– Bitch-chan? ~
Pożałujesz, jeśli mnie nie wybierzesz…
Którego z nich mam wybrać?
_______________________________________________________________________________
Hej Wam!
Trochę minęło od wstawienia ostatniego tekstu, ale zmobilizowałam się i wstawiam Dark'a numer jeden tuż przed wyjazdem X"D Muszę jeszcze skończyć rysować bohaterkę (nie mam jej na razie całej) i wstawię cały spis aktualnych bohaterów!
Mykam się pakować, a Wam życzę udanej reszty wakacji :3 Mam nadzieję, że rozdział się Wam spodobał ~
Red Queen





Więcej! Więcej!
OdpowiedzUsuń(Na pohybel skurwysynom, chcemy więcej)
I cóż mam napisać? Głównie to, że okropnie chaotycznie to wszystko wyszło. Nadto cała wampirza gromadka zachowuje się jak dzieci, a za tymi nigdy nie przepadałem. W efekcie żadna z postaci poza główną bohaterką nie wzbudziła we mnie żadnych uczuć, a ten jeden wyjątek wydaje mi się po prostu dość irytujący - choć chyba ten fakt wskazuje, że twój cel został w jakiś sposób osiągnięty.
OdpowiedzUsuńCo nie znaczy, że nieco bardziej stonowany i mniej abstrakcyjny sposób prowadzenia historii byłby tym właściwszym. W końcu to nie ja jestem domyślnym odbiorcą twojego opowiadania i nie do mnie miało ono trafić. Prawda?